Niesamowity półmaraton w Beskidzie Małym!

Na zdjęciu fragment ostatniego zbiegu na trasie III Górskiego Biegu Frassatiego

Kilka tygodni wcześniej dopasowywałem start do urlopu, trafiając na Górski Bieg Frassatiego (19.06.2021) w Beskidzie Małym. Dlaczego tam? Bo nigdy tam nie byłem i dystans wydawał się odpowiedni w ramach przygotowań do biegu na 10km po twardej nawierzchni. Prawda, że pasuje? Co najmniej jak pięść do nosa. Ale na próbną dyszkę musiałbym jechać do Warszawy, albo do… Kłodawy lub Wiszni Małej. To trochę nie po drodze. Dlatego wybrałem półmaraton w górach niewielkich, lecz bardzo wymagających.

Przed zawodami, podczas wędrówki z Żoną, sprawdziłem ostatni zbieg i było grubo! 600m przewyższenia na nieco ponad 3km odcinku! Podchodząc tą stromizną wydawało nam się, jakby nasza wspinaczka nie miała końca. Ale można powiedzieć, że przecież będę biegł z górki. Wtajemniczeni jednak wiedzą, że kontuzje powstają przeważnie na stromych zbiegach, gdzie prawie każdy pędzi jak szalony, a nie na mozolnych podbiegach, które tak naprawdę w większości się podchodzi. Natomiast zbiegając mocno obciążamy co tylko się da. Nie tylko stawy skokowe i kolanowe. Bo maksymalnie pracują różne mięśnie. Trzeszczy kręgosłup podczas mocnego hamowania, a mięśnie pośladkowe okazują się mięśniami zdolnymi do ciężkiej pracy, a nie tylko przysłowiowym tyłkiem do siedzenia.

Profil trasy biegu wg Garmina

Przede mną było 21,8km do przebiegnięcia oraz +1120m przewyższenia w górę i w dół podobnie oraz wielka niewiadoma! Jak jestem do tego starcia przygotowany? Dobrze, słabo, a może wcale? Taka zagwozdka! Dlatego, że pogubiłem się w swoich przygotowaniach do bieżącego sezonu. Mogę zwalić to na wirusa, lecz nie dlatego, że z powodu tego paskudztwa treningi mi się nie układały. Tylko dlatego, że nie poradziłem sobie z wirusową atmosferą. Ograniczenia, propaganda śmierci, czy jak ją tam nazwać i moja słabość do takiego bajzlu w którym zupełnie sobie nie radzę. Mam tylko takie usprawiedliwienie, ponieważ niektórzy koledzy zrobili w tym czasie ogromne postępy! Dlatego głupio by było zasłaniać się wirusem. Wolę zwalić to, na słabość do trzymania się w reżimie treningowym, skłonność do podjadania itd.

Przez cały tydzień przed zawodami chodziłem z Żoną po górach. Trzy trasy w Beskidzie Małym, przeplatane dwoma w Beskidzie Żywieckim. Góra Żar, Wielka Racza, Pilsko, Czupel oraz Magurka, zawody i na koniec Hrobacza Łąka. Do tego wcisnąłem dwa poranne treningi i!? Nawet nie zgadniecie. Rolowanie! Nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale natrętny ból łydek, który dopadł mnie kilka dni przed wyjazdem do Międzybrodzia Żywieckiego, zmusił mnie do poszukiwań rozwiązania tego tematu. Padło na rolowanie i wałek zabrałem ze sobą. Co okazało się zbawienne. Bo jeszcze w pierwszą noc w Międzybrodziu, dopadły mnie skurcze, przez które prawie nie spałem. Ale później było po problemie. Co prawda na linii startu stanąłem z bolącymi łydkami, lecz to była ledwo wyczuwalna dolegliwość.

Tradycyjnie do biegu podszedłem po swojemu. Może Wy robicie podobnie, a może nie. Tego nie wiem. Ja zawsze staram się poznać trasę. Jej profil, podłoże. Długość podbiegów, zbiegów. Przewyższenie. Dosłownie wszystko, co tylko się da. Do tego dochodzą wyniki poprzednich edycji. A jeśli coś się trafi ekstra, na przykład relacje uczestników imprezy, to jeszcze lepiej. Bo niektórzy potrafią ze szczegółami opisać całą trasę i swoje perypetie na niej. Dzięki takiej relacji „ustawiałem się” do biegu w Rumunii, w zupełnie nie znanych w naszym kraju Górach Ciucas. Rumuńska relacja, napisana po angielsku, przetłumaczona w translatorze dała mi najwięcej informacji o trasie biegu.

W oddali widoczna z Góry Żar, część Beskidu Małego przez którą prowadzi trasa półmaratonu

Ruszyliśmy o 9:00 i już na starcie mieliśmy ponad 27 stopni Celsjusza do ogarnięcia. Tym razem wbijałem się do pierwszej setki. Plan miałem prosty – miejsce między 70, a 99 pozycją. Co byłoby dla mnie „kosztowne” gdyż obiecałem Żonie, że stawiam obiad, jak na metę dotrę w pierwszej setce. Jeśli chodzi o czas, to celowałem w +/-2:35:00, ze średnim tempem 7:00min/km Na tyle oceniałem swoje możliwości. Wcześniej myślałem o nieco szybszym biegu, ale upał panował niemiłosierny i nie wiedziałem jak zareaguje mój organizm, ponieważ dawno w takim upale nie startowałem.

Pierwszy kilometr był za szybki, ale wiedziałem, że nie powinienem zwolnić. Było nieco pod górę asfaltem przez miejscowość. Wyszło mi po 5:10min/km, ale nie zwalniałem, ponieważ na pierwszy stromy podbieg chciałem dotrzeć w pierwszej setce. To było bardzo ważne. Bo wielu słabszych zawodników, na początku biegnie o wiele za szybko, a później ciężko ich wyprzedzić, gdy opadną z sił, ponieważ na wąskich ścieżkach trzeba mocno kombinować aby to zrobić. Przez to traci się dodatkowe siły i czas.

Może ktoś powiedzieć, że taka taktyka jest bez sensu. Walka o miejsce pomiędzy 20, a 30-tą pozycją, albo między 60-tą, a 80-tą itd. Ale mnie to kręci. Walka o to, co jest dla mnie osiągalne. W końcu po to są zawody. Wiem, że wiele osób zadowala sam udział w imprezie. Zdobycie pamiątkowego medalu. Po prostu fun! Dla mnie zabawa jest dopiero wtedy, gdy mogę powalczyć o wynik, który wg wstępnych obliczeń, jestem w stanie osiągnąć. Wszystko inne idzie na bok. A ciężki teren i konkurenci na trasie są dodatkowym motywatorem do walki z samym sobą.

fot. Roman Koszowski

Po asfalcie był mocny podbieg w górę leśnego traktu. Później trochę asfaltu, betonowe płyty i teren. Raz bardziej stromo, innym razem mniej, lecz ciągle pod górę. Niestety moja średnia coraz mocniej odstawała od zakładanej. Pojawiło się nawet 7:38min/km, co zmobilizowało mnie do większej walki.

Upał jakby był poza mną. Zdziwiony byłem tym, że tak mocno go nie odczuwałem. Miałem litr napoju ze sobą, ponieważ nie zamierzałem zatrzymywać się na żadnym punkcie. Ale widziałem zawodników bez niczego. Co było wbrew regulaminowi. Zero napojów, brak koca ratunkowego i kubka. No chyba, że mieli schowane to głęboko w dupie. Czasami zastanawiam się nad tym, po co są regulaminy, skoro organizator nie potrafi wymusić na uczestnikach ich przestrzegania? Góry może i niewielkie, ale w razie draki odległość kilku kilometrów wydaje się ogromna, bo czasami liczą się minuty. A na przykład taki typ, który się odwodni, bo myśli że jest niezniszczalnym hardcorem, potrafi zawalić komuś imprezę. Bo przecież nie będziesz udawał, że nie widzisz jak dureń pada na pysk z wycieńczenia i nie pobiegniesz dalej!

Ja natomiast miałem rozłożony litr napojów na całą trasę i byłem cięższy o kilogram. a informacja o tym, że na ok. 15-tym kilometrze, będzie punkt z wodą i Colą ucieszyła mnie ogromnie. Cola potrafi postawić człowieka na nogi. Biegliśmy. Do 7km było dobrze. Lekka strata. Żadnych scen, tylko przed siebie! Na bardziej wypłaszczonych fragmentach, średnia zbliżała się do 7min/km W zasadzie tylko tego się trzymałem. Magiczna siódemka!

Trasa była ciekawa, jak to w terenie. Ale należało uważać, aby uniknąć zbyt mocnego zbliżenia twarzy do gleby! To nie jest przyjemne doznanie. Po biegu słyszałem, że w tym roku na trasie było sporo upadków. Szkoda, że było mało widokowo. Tylko czasami między drzewami, ukazywały się okoliczne wzniesienia. To mocno zalesiony teren. Może dlatego dało się wytrzymać w panującym upale. Bo lepsze 30 stopni w cieniu, niż 45 na słońcu.

fot. Mateusz Pudło Fotografia https://www.facebook.com/pudlo.foto/

Od 7km zaczął się mocny zbieg. Pierwszy kilometr na którym zszedłem poniżej 5min/km Od Przełęczy Przegibek – wspinaczka. Krótka, wymagająca. Ponownie w dół. Ale zbiegając przeżyłem chwile grozy. Ponieważ poczułem, jakby ktoś strzelił mi prosto w usta ze śrutówki!!! Połknąłem owada lecącego szybko jak pocisk w moją stronę! No nie! Czekałem na to, co się wydarzy. Czy będzie ukąszenie i po biegu? Czy nie? Nie zwalniałem. To było szaleństwo, ale nie zwalniałem! Starałem się utopić bestię w resztkach śliny, zanim ukąsi, jeśli to owad jadowity. Na szczęście ukąszenia nie było, albo nie zdążył tego zrobić, ponieważ go wyplułem. Uff! Zakładałem potencjalną sraczkę na trasie, skurcze łydek, skręcenie nogi lub jej złamanie. Bo ja nie zwalniam, jeśli tylko jestem w stanie biec szybko przed siebie. Nawet w bardzo trudnym terenie.

Wspinałem się ponownie. Tym razem na Magurkę. Teraz wiem, że robiłem to zbyt wolno. Za bardzo asekuracyjnie podszedłem do tematu. Na Magurce była oczekiwana Cola. Ale bez lodu i whisky. Może to i lepiej, bo kto by biegł dalej po czymś takim? Wypiłem ją w drodze na Czupel i zaczęło się! Coraz szybciej i szybciej. Na trzech kilometrach zbiegu ponad 500m w dół, a ja momentami zbliżałem się do 4min/km Dla mnie to było szaleństwo. Dla kogoś lepiej wytrenowanego, taka szybkość była spokojnie do ogarnięcia. Bałem się tego, że może być źle, jeśli zbiegnę na płaski odcinek. Na ostatnich kilkuset metrach zbiegu, wyprzedziłem grupę biegaczy, którzy nie podjęli ze mną walki. To był mój fragment trasy. Tutaj mógłbym walczyć z każdym. Niestety był to jedynie fragment trasy, zbyt krótki, żeby w wyścigu zająć o wiele lepsze miejsce. Ale być może tutaj wśliznąłem się do upragnionej – pierwszej setki! W końcu wylądowałem na płaskim fragmencie trasy. Nie myliłem się. Poczułem się, jakbym skoczył na beton z wysokości kilku metrów. Nogi ugięły się pode mną tak mocno, że o mało nie upadłem. Bałem się, że odmówią mi posłuszeństwa! Zwolniłem, ale brnąłem do mety. Asfalt. Bieg przez główną drogę. Parking. Budynek Straży Pożarnej. Kamienna ścieżka wzdłuż rzeczki. Zostało jeszcze kilkaset metrów. Oglądałem się za siebie. Ostatkiem sił walczyłem o z trudem wywalczoną pozycję. Ale tylko jeden zawodnik zerwał się do finiszu, ponownie mnie wyprzedzając. Nie miałem sił na walkę i tak dotarłem do mety na 88 pozycji! Za mną na trasie Górskiego Biegu Frassatiego było jeszcze sporo ludzi!

Mój czas – 2:35:07 / średnie tempo 7:03min/km Najwolniejsze trzy kilometry: 12:16, 11:51; 9:29min/km Najszybsze: 4:46; 4:48; 4:52min/km Miejsce open – 88 na 281 uczestników biegu. 12-te miejsce w kat. M50 na 52 rywali. Teraz byłoby dobrze pogdybać na temat tego, że mogło być lepiej, ale również mogłoby być gorzej, gdyby na przykład ukąsił mnie owad który wpadł mi do gardła. Dlatego wyścig uważam za udany. Przynajmniej wiem, na co w danej chwili mnie stać i jak ustawiać się do następnych biegów w tym sezonie.

Link do wyników > https://bgtimesport.pl/online/open/zaw_id/480/bieg/GBF

Organizacyjnie Górskie Bieg Frassatiego > https://biegfrassatiego.gosc.pl to znakomicie przygotowana impreza. Osobiście odczuwałem troskę organizatorów o to, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik i tak chyba było. Dlatego szczerze mogę polecić ten bieg na wymagającej trasie w niewielkim Beskidzie Niskim położonym w pobliżu Bielska Białej.

Slavo65

Może Ci się również spodoba