Wymęczona dwunastka!

Co najmniej dwa lata temu, z oceny mojego samopoczucia zniknęły takie określenia jak: „Czuję się rewelacyjnie”, „Czuję się znakomicie” i niestety również trzecie określenie „Czuję się dobrze” – wszystkie jak wiecie, określające dobre samopoczucie, czyli przyzwoitą formę psychiczną oraz fizyczną. Obecnie najbardziej pozytywnym określeniem mojego psycho-fizycznego stanu zdrowia jest zwrot: „Czuję się normalnie” i to wszystko na co mnie stać. Od tego poziomu mogę zaczynać. Smutne to, co prawda, ale pogodziłem się z tym, że starość coraz bardziej mnie ogarnia. Wiem. Wiem! Są ludzie po 60-tce, 70-tce itd. którzy mogą więcej niż ja, lecz to tylko wyjątki. Wybryki natury i my śmiertelnicy, nie powinniśmy się z nimi porównywać. Ja w każdym razie nie mam takiego zamiaru. Ale szczerze przyznam, że ciężko jest wyczuć to, gdzie kończy się nasza wydolność fizyczna, a gdzie znajduje się bariera psychiczna. Mam na myśli parszywe – ZNIECHĘCENIE, które według mnie jest przypadłością wieku, bo możemy znacznie więcej, ale coraz mocniej obawiamy się tego, że nie damy rady, że przesilamy się, przemęczamy, że nam nie wypada itd. Jest wiele w tym prawdy, bo z regeneracją mamy coraz ciężej, a każdy przebyty kilometr, bez względu na to jakim bylibyśmy biegowym fighterem lub biegową fighterką, przysparza nam dużo więcej wysiłku niż dawniej! Możemy udawać, że tak nie jest, udawać twardzieli, ale niestety, nie oszukamy organizmu, który coraz bardziej nie wyrabia.

Dzisiaj czułem się fatalnie, ale kiedy nasłuchałem się na temat stanu zdrowia moich najlepszych kumpli, to nie odpuściłem treningu! Bo głupio byłoby mi przed samym sobą – nie biegać, gdy koledzy są chorzy, podejrzani o to, że są chorzy, albo czują się fatalnie, tylko nie ma kto ich stanu zdrowia zweryfikować, ponieważ… szkoda gadać. Nie ogłosili jednoznacznie, wołając: „Mam wirusa, mam wirusa na sto procent!!!” Dlatego ich stan zdrowia nie wzbudził zainteresowania. Tymczasem ja wymusiłem na swoim wątłym organizmie 12km niemrawego truchtu, zamiast planowanej 15-tki bardziej żwawego biegu, a trening miał być mocny! Ale warto było poczuć pod stopami szelest zeschłych liści, lub zapach gnijących, nasiąkniętych jesiennym deszczem oraz dźwięk miażdżonych biegowym butem żołędzi, których na dzisiejszej trasie biegu leżało bez liku!!!

Ps. Byłbym zapomniał – jak zwykle biegałem bez słuchawek na uszach, bo muzykę mam w sercu, a nie na jakimś nośniku. Tym razem ZZ Top brzmiało w mojej głowie: Brown Sugar oraz La Grande (Live From Gruene Hall) a także Sleeping Bag i szalony Eliminator z 1983 roku, chociaż nie do końca, bo trening był za krótki!  

Slavo65

Może Ci się również spodoba