Dokąd tak naprawdę biegniemy?

Kiedy znana mi osoba postanawia odejść z tego świata, zasmuca mnie wiadomość o jej śmierci, a ja czuję się w większym lub mniejszym stopniu współodpowiedzialny za to, że podjęła taką decyzję. Doszukując się w swoim postępowaniu, w stosunku do niej oraz wielu innych osób, braku empatii, z mojej strony, należytej troski oraz ogólnego braku życzliwego zainteresowania znanymi mi ludźmi. Natomiast zasłanianie się własnymi sprawami, swoją zajętością, uważam za kiepską wymówkę. Ileż razy słyszałem; nie mam czasu, jestem zajęty – od osoby, która nawet nie wysłuchała tego, co chciałem jej powiedzieć, być może i ja postępuję podobnie.

Kolega który kilka dni temu podjął decyzję o odejściu od nas na zawsze, był powszechnie lubianym biegaczem, życzliwym, uśmiechniętym i pomocnym. Miałem przyjemność poznać go na koleżeńskim biegu, który kiedyś organizowałem, spotkać na kilku imprezach i korespondować z nim od czasu do czasu.

Nie znałem go dobrze, ale przeglądając Facebooka, oraz czytając uwagi dotyczące jego życia i odejścia doszedłem do wniosku, że był koleżeński, pomocny, a przez to bardzo lubiany. Być może to go w jakimś stopniu zgubiło? Bo większość ludzi myśli, że tacy ludzie nie mają własnych problemów, że są w czepku urodzonymi szczęściarzami, wiecznie uśmiechniętymi, spełnionymi, zadowolonymi z życia ludźmi, których jedyną życiową misją jest pomagać innym ludziom.

Ja nie zadaję sobie takich pytań i nie roztrząsam tego co się stało, tak jak niektórzy ludzie mówiąc: Naprawdę? Jak to możliwe? On? Nigdy bym nie pomyślał… Nie wierzę, że On to zrobił itd. itp. Bo takie pytania oraz stwierdzenia, są dowodem zaślepienia własnymi problemami, dowodem na to, że tak naprawdę, ludzie będący blisko niego, jednak go dobrze nie znali.

Większość z nas pozbawiona jest empatii, może nawet prawie wszyscy. To nie jest żaden zarzut wobec innych ludzi, ani wobec siebie, gdyż definicyjna empatia jest trudna do zrealizowania, ale kluczowa do zrozumienia innego człowieka:

„Empatia – zdolność odczuwania stanów psychicznych innych osób, umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia, spojrzenia z ich perspektywy na rzeczywistość…” – źródło wikipedia.

Dlatego nie zauważamy, że tu i ówdzie w życiu znanego nam człowieka zaczyna coś zgrzytać. Coś pękać, rozlatywać się, a jego uśmiech, jest tylko fasadą mającą ukryć wewnętrzną słabość oraz maską mającą nas oszukać. Być może gdybyśmy mniej oczekiwali od innych, a więcej chcieli dawać od siebie, zauważylibyśmy ową słabość…

Nie mam zbyt wielu przyjaciół, lub dobrych znajomych, tak jak on. Właściwie to jednego i kilku kumpli, których widuję od święta. Możliwe, że wynika to z mojej filozofii odrzucającej wszelkie nadzieje, złudzenia i oczekiwania. Bo widzę jedynie twarde, brutalne życie, które każdy z nas musi przetrwać, albo odpuścić jak kolega.

Być może, paradoksalnie mój defensywny stosunek do życia jest lepszym sposobem na przetrwanie? Bo niczego nie oczekuję i nie lubię się oszukiwać? Dlatego nie zapraszam do znajomych na FB setek ludzi, by mieć złudzenie, że jestem powszechnie lubiany. Nie należę do żadnej grupy biegowej, aby mieć złudne poczucie, że znam wielu ludzi i też jestem bardzo znany? Nie wrzucam na fejsa śladów najlepszych treningów, aby inni ludzie mnie chwalili. Nie udostępniam setek zdjęć z każdego treningu, by dowartościowywać się lajkami znajomych, ponieważ  tak naprawdę na naszych wynikach tylko nam zależy. Nie zakładam, że wszystko co robię musi się udać, by zbyt mocno nie stresować się tym, kiedy mi to nie wyjdzie.

Nie zachęcam Was do defensywnej postawy wobec życia, lecz do nie oszukiwania samych siebie – ponieważ jest to najgłupsza metoda podejścia do życia jaką znam, gdyż nasze nadmierne oczekiwania rodzą ogromny stres, z którym możemy sobie nie dać rady.

Zachęcam natomiast do aktywnego bycia razem. Tak. Tak. Aktywnego! Bo my biegacze tak naprawdę się nie znamy. Tworzymy ogromną społeczność, nie wiedząc o sobie prawie nic! No może poza wynikami biegów i widokiem lanserskich fotek na FB, Instagramie, lub gdzieś indziej.

Dlatego jeśli mam możliwość zrobienia długiego treningu, biegnę z jedną osobą (czasami w 2-4 osobowym gronie), lecz dzięki temu możemy wiele spraw omówić. Sporo naszych wewnętrznych problemów roztrząsać. To taka biegowa psychoterapia! Na którą przeważnie nigdy nie mamy czasu. W 20 osobowej, albo większej grupie niczego ciekawego się nie dowiemy. Może podbudujemy się na chwilę poczuciem przynależności do biegowego światka! Szał! Ale dla Was i innych ludzi, taki bieg będzie zwykłym lansem, a dla mnie jest prawdziwym świętem. Bo mogę się wybiegać i wygadać oraz posłuchać o problemach osoby, która za mną biegnie i przedyskutować jej problem. Dlatego lubię biegać w jak najmniejszym gronie. Dzięki temu mogę być bliżej ludzi których znam i może jest to zaledwie tylko kilka osób, lecz Wy nie zbliżycie się do nikogo. Stąd później pytania i stwierdzenia: „Nie wierzę, że On to zrobił”, „Jak to możliwe?”, „Nie spodziewałabym się tego po nim”, „Jestem w szoku”, „Przecież on był zawsze taki uśmiechnięty!”…

Tym tekstem chciałem zachęcić WAS do tego, abyście postawili nie tylko na jakość ciuchów do biegania, butów, lub jakość swoich treningów, ale również na jakość Waszych relacji z innymi ludźmi, a wówczas będziemy mogli powiedzieć, że nasz biegowy świat jest naprawdę lepszy od innych środowisk i zachęcać innych ludzi, aby do nas dołączyli.

Slavo65

Może Ci się również spodoba