Ciucas X 3 – mój drugi bieg w Rumunii

Dokładnie nie pamiętam kiedy zaplanowałem udział w CiucasX3 (07.09.2019), lecz biorąc pod uwagę ambitne plany wywalczenia miejsca w pierwszej trójce w kat. M50 – start w imprezie musiałem zaplanować przed kilkumiesięczną chorobą. Ale po wyjściu ze zdrowotnego dołka, moje aspiracje malały z każdym miesiącem, aż do momentu w którym zastanawiałem się, czy mój udział ma sens? Dochodząc do wniosku, że mogę trasę przejść, podbiegając na łatwiejszych odcinkach i też będzie dobra zabawa. Bez spinania się i myśleniu o sławie! W końcu najbardziej zależało mi na poznaniu kolejnego fragmentu Rumunii, a bieg był dodatkową atrakcją.

Do rumuńskiej miejscowości Busteni dotarliśmy po 17 godzinach jazdy samochodem, pokonując około 1300km Robert oraz jego żona Magda, na zmianę kierowali, za co jestem im wdzięczny, bo kierowanie czymkolwiek, nie należy do moich ulubionych zajęć. Busteni oddalone było około 70km od Cheia – miejscowości stanowiącej bazę CiucasX3. Miejsce noclegów było oddalone od centrum zawodów, lecz wybraliśmy je ze względu na planowane wycieczki, w leżących tuż obok Górach Bucegi i niedalekich Piatra Craiului.

Do Cheia pojechaliśmy w dzień wyścigu. Robert startował w maratonie, ja w połówce, a nasze Kobiety planowały pójść na trasę wyścigu – kibicować i nacieszyć się widokiem Gór Ciucas. Biuro zawodów znajdowało się w hali sportowej. Kilka stanowisk do obsługi uczestników, znakomicie dawało radę, a bariera językowa nie przeszkadzała do załatwienia niezbędnych formalności. Osobie obsługującej mnie, podałem kartkę z niezbędnymi danymi i jakoś poszło. W pakiecie startowym znalazły się kosmetyki firmy NIVEA, żel energetyczny, opaska na głowę, magnes na lodówkę, długopis – wszystko z logo imprezy. Za dodatkową opłatę otrzymałem zamówiony bezrękawnik i koszulkę techniczną.

Ludzi było mnóstwo. Na wszystkich dystansach startowało ponad 2000 osób. Jak na mój gust za dużo, lecz CiucasX3 potraktowałem wyjątkowo, chociaż nie lubię biegać po leśnych i górskich ścieżkach przepychając się w tłumie, wybrałem te zawody. Uważam, że licznie obsadzona impreza górska, traci swój klimat. W mieście tłum mi nie przeszkadza. Mogę biec w gąszczu kilku tysięcy osób i jest fajnie. Miasto to miasto – zgiełk, hałas, mnóstwo ludzi, a góry to góry, tutaj powinniśmy nacieszyć się obcowaniem z przyrodą, nawet podczas ciężkiego biegu, a nie przepychać łokciami na trasie!

Przepychanki właśnie się obawiałem. Moje wcześniejsze plany zminimalizowałem, bo po co sięgać po to, co jest niemożliwe? Bez sensu jest karmienie się mrzonkami. Nie odpuściłem natomiast myśli, o wbiciu się na górskie ścieżki, w możliwie jak najlepszej pozycji. Później niech inni się martwią, jak wyprzedzić tetryka z Polski! Sorki. Jest przecież fair play, lecz na wąskiej ścieżce, na której mieści się tylko jeden człowiek, przepuszczanie do przodu każdego chętnego mija się z celem, bo musielibyśmy po prostu zejść z trasy, co najmniej na pół godziny. Dlatego osoby myślące o dobrym miejscu, powinny walczyć od początku wyścigu.

Rozgrzewka? Tym razem była, na długiej prostej, ciągnącej się od linii startu, do krawędzi lasu zza którego wyłaniał się masyw Gór Ciucas. Wcześniej zastanawiałem się nad tym, jak organizatorzy będą mierzyli czas, bo chipów nie otrzymaliśmy. Szukałem w pakiecie startowym, ale nic takiego nie znalazłem. Udałem się ponownie do biura zawodów, lecz pięć słów po angielsku i jedno po rumuńsku, którymi dysponowałem, to było zdecydowanie za mało, aby dogadać się w sprawie chipów. Na pocieszenie Robert utwierdzał mnie w przekonaniu, że chipów na pewno nie ma. Ale i tak zamartwiałem się tym, podczas pierwszych kilometrów wyścigu. Byłem bez szans na zwycięstwo, z nikłymi szansami na znalezienie się w pierwszej setce, a mimo to takimi sprawami zaprzątałem sobie głowę! To i tak znacznie lepszy temat do rozważań nad tym, czy nie przedobrzyłem poprzedniego dnia podczas kolacji, zajadając się pysznymi rumuńskimi serami, których zjadłem za dużo. Ale pazerność przysłania umysł, nawet takiego pseudo profesjonalisty jak ja!

Na starcie stanąłem z przodu. Nigdy tego nie robię, gdyż nie lubię lepszym biegaczom blokować możliwości  startu, ale sytuacja była wyjątkowa. W końcu nie po to kilkakrotnie oglądałem trasę biegu na YT, zdjęciach, lub czytałem opisy na blogach, gdzie tylko się dało! Wiedziałem, że po luźnych kilkuset metrach asfaltem pod górę, a później po ok. 2km biegu przez las nadal w górę, będzie coraz cięższa wspinaczka, wąskimi ścieżkami pnącymi się stromo pod górę. Wyprzedzanie w takich miejscach, to zajeżdżanie organizmu. Kto się zagapi i zacznie się wspinać za wolniejszymi zawodnikami, będzie musiał włożyć w to sporo dodatkowego wysiłku, którego może zabraknąć w drugiej części wyścigu.

Podobną sytuację przerabiałem na Półmaratonie Praskim w Warszawie. Za późno zacząłem zmierzać do swojej strefy startowej i ostatecznie stanąłem o wiele dalej. Dlatego zmuszony byłem od początku wyścigu wyprzedzać wolniejszych biegaczy, klucząc między nimi i nabiegałem prawie kilometr więcej, znacznie pogarszając swój wynik. Tutaj nie chciałem popełnić takiego błędu!

Ruszyliśmy. Najpierw asfalt lekko pod górę, prawie 1,5km i do lasu nadal w górę. Gęsty las i ścieżka wijąca się między drzewami. Korzenie – tego tutaj nie brakowało. Parłem do przodu jak ruski czołg! Byłem co najmniej w połowie drugiej setki. Na więcej nie było mnie stać, ale nie odpuszczałem, podbiegając na łatwiejszych odcinkach. Sznurówki w butach poluzowały się zbyt mocno, ale nie zatrzymywałem się. Wolałem zaliczyć glebę, jeśli do tego dojdzie, niż stracić minutę lub dwie na wiązanie butów! Minuta to w tym miejscu, co najmniej 50 pozycji do tyłu! Buty zawiąże się później.

Rumuńskie dziewczyny napierały razem ze mną. To ładne Kobiety i bardzo zwinne. Faceci też byli, ale jestem tradycjonalistą i wolę nacieszyć oczy Kobietami! A było ich wyjątkowo dużo w tym wyścigu. Przynajmniej tak mi się wydawało. W górę, ciągle w górę! Pojawiła się łąka, którą widziałem na filmie. Bardzo wąska ścieżka, wydeptana w trawie sięgającej powyżej pasa i już nikt nie wyprzedzał. Było dokładnie tak jak przewidziałem.  Górski pochód wił się przez masyw przepięknych Gór Ciucas. Czasami ktoś się wyrwał i napierał przez trawę, aby wyprzedzić konkurencję, ale to były nieliczne przypadki. Robiło się coraz bardziej stromo. Ścieżkę wśród traw, zastąpiła bardzo stroma wspinaczka, kamienną ścieżką wśród skał. Wdrapywaliśmy się – każdy jak potrafił. Mozolnie, nieustannie pod górę, aż pojawiły się skały, które trawersowaliśmy u ich podnóża. Piękny roztaczał się widok na okolice. Pojawiły się łańcuchy ułatwiające wędrówkę wzdłuż skał. Jeden z biegaczy wpadł na genialny pomysł, żeby wyprzedzić mnie na najbardziej niebezpiecznym odcinku półmaratonu!!! Ja wolałem trzymać się łańcucha. Geniusz, albo samobójca? Na szczęście odpuścił, bo to nie był najlepszy pomys. Nadal było pod górę. Na szóstym kilometrze Garmin pokazał +262m przewyższenia, na kolejnym było +157m, a na następnym +106m Później też nieco było i wcześniej również. Co tu dużo mówić, od 2km do 9km było około 1000m przewyższenia. Ale mój Garminek sporo zaniża i mogło być więcej. Później trasa się wywłaszczyła. Biegliśmy jednym z grzbietów Gór Ciucas przez około 3km. Później było: góra – dół, góra – dół i zaczęła się ostra jazda na opadającej do mety trasie!!! Brakowało mi szybkości i nic na łatwiejszym fragmencie wyścigu nie wykrzesałem ze swoich nóg. Biegłem co najmniej o minutę za wolno na niektórych odcinkach, lecz jeśli się czegoś nie wytrenuje to tego nie ma, a mnie brakowało szybkości. Biegacz górski musi dodatkowo zrobić sporo kilometrów na różnych zbiegach, a to już inna bajka, lub jak kto woli techniczne zagadnienie.

Dotarliśmy do Cabana Ciucas, a później do Cabana Silva, gdzie znajdowały się bogate punkty dożywiania – było niemal wszystko! Nawet oliwki które uwielbiam! Niestety przeważnie nie zatrzymuję się na punktach dożywiania, ponieważ jestem zbyt wolny, by robić dodatkową minutę lub dwie przerwy na popas.

Biegłem w dół do momentu, gdy zaczął się najbardziej odjazdowy fragment zbiegu. To był koszmar! Nawet samochód terenowy, który wyprzedziłem, miał problemy ze zjazdem!!! Hamował co chwilę, aby nie wpaść w niekontrolowany poślizg i nie stoczyć się w dół! Przede mną było kilkaset metrów betonowych belek, podobnych w kształcie i rozmiarze do podkładów kolejowych, ułożonych na bardzo stromej drodze. Belki były przysypane cienką warstwą drobnych kamieni naniesionych przez deszcze. Przyczepność była podobna do tej, jaką mają stopy stawiane na warstwie lodu, przykrytej pół centymetrową warstwą świeżego śniegu!

Moje Mizuno Wave Rider 21 do biegania po asfalcie, które miałem na nogach – nie dawały rady, ale biegacze w butach terenowych, też co chwilę wpadali w poślizg. Nawet schodzić było ciężko! W końcowej części zbiegu, organizm zmusił mnie do przerwy. Tłuste rumuńskie sery, dały znać o sobie. Oględnie mówiąc – przesrałem co najmniej 30 pozycji, gdyż później nieco się odkułem. W krzakach spędziłem co najmniej pięć minut. Wspominam o tym, bo nie dowiecie się o takich sprawach na Eurosporcie lub gdzie indziej. Tym razem była to moja wina, więc na słabość organizmu winy nie zwalam. Następnie biegłem kilkaset metrów pod górę, później zmierzałem do mety na opadającej trasie. Końcowe pięć kilometrów pokonywałem coraz szybciej. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale ostatni kilometr był najszybszy! Czyżbym znowu się za mocno obijał? Na mecie zameldowałem się na 219 pozycji wśród 1037 uczestników biegu, a w kat. M50 byłem ósmy na 28 rywali. 21km dystans z przewyższeniem +1195m, -1189m (wg Garmina) pokonałem w czasie 3:06:08

Trasę pokonałem na dwóch 100g musach owocowych, wypijając ok. 250ml wody. Wspominam o tym, bo ludzie dają się wkręcać w różne żele itp. nabierając przekonania, że bez batona za 8zł i czterech energetycznych żeli po 6zł nie przebiegną półmaratonu,  a na dłuższy bieg potrzebują tego jeszcze więcej, plus magnez, izotoniki itd. wydając kilkadziesiąt złotych na to wszystko. Oczywiście sprawą indywidualną jest to, co na trasie potrzebujemy i musimy do tego dojść sami na długich treningach, bo gwałtowny brak energii w organizmie podczas biegu, może okazać się dla nas katastrofą. Dlatego trzeba poznać trasę, żeby wiedzieć ile wysiłku będzie nas kosztowało jej pokonanie, a także wziąć pod uwagę pogodę oraz czas jaki na niej spędzimy. To bardzo ważne, gdyż przykładowo 50km dystans w górach, najlepsi zawodnicy pokonają w 5-6 godzin, a najsłabsi w dwanaście. Będąc na trasie 6 godzin dłużej! Dlatego oni powinni inaczej podejść do kwestii swojego wyposażenia w jedzenie oraz sprzęt. Dla biegaczy górskich ważne jest również, na jakiej wysokości będzie przebiegała trasa, bo im wyżej tym niebezpieczniej i o tym należy pamiętać.

CiucasX3, to bardzo dobrze przygotowana oraz przeprowadzona impreza. Jak wypadła całościowo – trudno mi oceniać, jako uczestnikowi jednego z biegów, ale na stronie www, fanpage, w bazie zawodów i na trasie mojego dystansu, wszystko funkcjonowało bez problemu. W Góry Ciucas wybraliśmy się dwa dni po zawodach, na najwyższy szczyt tego masywu, na który półmaraton niestety nie docierał i koniecznie chciałem tam dojść. Pogoda podczas naszego pobytu w Rumunii dopisała i dzięki temu, mogliśmy zrobić wędrówki w Górach Bucegi, bo na Piatra Craiului zabrakło czasu.

Strona zawodów > https://www.ciucasx3.ro

Slavo65

Może Ci się również spodoba