Ultraroztocze – moja roztoczańska poniewierka!

Organizatorzy wierzyli, że dobiegnę do mety! No dobrze. Inni uczestnicy ultramaratonu też mieli dedykowane medale. 😉

Kiedy pół roku temu rozpoczynałem przygotowania do 60km ultramaratonu na Roztoczu, moje biegowe aspiracje zakładały walkę o miejsce w pierwszej trójce kat. Weteran (rocznik 1959-1972) oraz pokonanie trasy w czasie 6 godzin, a najlepiej nieco szybciej, ponieważ słabszy czas nie gwarantował miejsca w czołówce. Trasa w swoim przebiegu miała być nieco inna niż w ubiegłym roku oraz odrobinę krótsza. Moje przed biegowe kalkulacje wynikały z przeglądania profilu wyścigu. Brałem też pod uwagę nawierzchnię po której mieliśmy biegać oraz wyniki z poprzedniej edycji. Od tego odjąłem kilkanaście minut ze względu na krótszą trasę i wychodziło, że najlepsi dobiegną do mety w czasie 5-6 godzin, a ja byłbym w stanie przygotować się najwyżej na pięć i pół godziny. Co i tak byłoby dla mnie niezłym wyczynem.

Niestety jak to często bywa – plany, planami, a życie, życiem i już po pięciu tygodniach, opracowany przeze mnie system przygotowań do ultramaratonu zaczął się walić. Mocne przeziębienie w grudniu, kontuzja rozcięgna podeszwowego – styczeń-luty, ponowne przeziębienie – luty-marzec. Ba! W kwietniu też byłem przeziębiony, ale zdesperowany truchtałem przez tydzień pod dachem wałbrzyskiego ośrodka Fitness Word, zamiast leżeć w łóżku. Dwa tygodnie przed ultramaratonem miałem problemy z łydką i ponownie mocno ograniczyłem bieganie w ciągu kolejnego tygodnia.

Tak niepostrzeżenie minęło sześć miesięcy. Kilka tygodni bez biegania, kilka tygodni ograniczonych treningów, a pozostałe z racji ciągłych problemów, też nie były mocno przebiegnięte. Odpuszczałem kolejne zawody, bo uznałem, że udział w nich tylko po to, aby przetruchtać dystans, to strata czasu i pieniędzy. W kwietniu wystartowałem w czeskim Kuksie (21km) przebiegając trasę słabiej o kilka minut niż w poprzednim roku. Na początku maja pobiegłem w Starych Bogaczowicach (21km) Ten bieg wyszedł mi całkiem przyzwoicie, ale czułem że kondycyjnie nie domagam i na dłuższym dystansie mogę mieć problemy.

Do Józefowa pojechałem nie przygotowany, gdyż odpadło mnóstwo treningów specjalistycznych oraz grubo ponad 500km treningowego biegu. Ale nie chciałem odpuścić tego startu, który w planie na ten rok, wyznaczyłem jako jeden z dwóch najważniejszych celów. Poza tym wyjazd na Roztocze, był dla mnie wyprawą w nieznane okolice naszego kraju. Możliwe, że wynika to z mojej przewrotności, ponieważ coraz więcej polskich celebrytów, polityków i innych żałosnych rodaków pluje na nasz kraj. Publicznie szydząc z Polski i Rodaków. Nie wiem czy moda na opluwanie własnego kraju przyszła do nas z Zachodu, czy to głupota, która wykiełkowała gdzieś na polskiej ziemi. Ja w każdym razie postępuję zupełnie odwrotnie, ponieważ coraz bardziej na Polsce mi zależy i dlatego chciałbym nasz kraj jeszcze lepiej poznać. Nie mam też żadnych kompleksów narodowych, bo żaden Polak mieć ich nie powinien. Stąd pomysł na udział w biegach na długich dystansach organizowanych w różnych zakątkach naszego pięknego kraju, w których jeszcze nie byłem. Każdego roku jeden start w nieznanej krainie, bo na więcej nie mogę sobie pozwolić. Co nie znaczy, że taki start traktuję ulgowo.

Moje oczekiwania dotyczące wyścigu mocno zredukowałem – zadowalając się czasem krótszym od 7 godzin, a o walce o miejsce w pierwszej trójce już nawet nie myślałem.

W poniedziałek przyjechałem z Żoną do Zwierzyńca, gdzie wcześniej zarezerwowaliśmy pobyt w ośrodku Relaks. We wtorek objechaliśmy okoliczne miasteczka – Józefów, Krasnobród, Szczebrzeszyn. W środę zaplanowaliśmy popłynąć kajakiem wodami leniwie snującego się Wieprza, ale co chwilę padało i pojechaliśmy do Zamościa, gdzie lało jeszcze bardziej i niewiele zobaczyliśmy. Dlatego następnego dnia ponownie udaliśmy się do miasta, które zrobiło na nas ogromne wrażenie. Zwłaszcza, że mogliśmy usłyszeć wielowiekową historię Zamościa i okolic, ciekawie opowiadaną przez miejscową przewodniczkę. Kilka dni bez stresu, wstawania na czas, codziennych planów zadań, to naprawdę niezły wypoczynek. Do tego dwa tomy „Galeonów Wojny” Jacka Komudy, pożyczone (i przeczytane) od kolegi i na starcie Ultraroztocza stanąłem nieprzygotowany, ale za to wypoczęty.

W sobotę 19 maja, kilka minut po godzinie szóstej dotarłem do Józefowa. O siódmej zawieziono nas na miejsce startu do Krasnobrodu i o ósmej ruszyliśmy na (wg mojego Garmina) 59km trasę biegu. Kilkudniowy wypoczynek dał mi złudne przekonanie, że mimo wszystko jestem mocny i zapomniałem, że miałem człapać po 5:45 min/km na łatwiejszych odcinkach wyścigu po to, aby starczyło mi sił na trudniejsze fragmenty. Biegłem po 5:20 przez pierwsze kilkanaście kilometrów, wpadając do Mordoru najwyżej minutę po pierwszych zawodnikach. Wcześniej, w jakiejś wiosce, pierwsi biegacze pobiegli w złym kierunku, bo na skrzyżowaniu nie było oznakowań (pewnie ktoś je pozrywał) i dołożyli sobie po kilkaset metrów do biegu. Miejsce zwane Mordorem, to był bardzo ciężki kawałek terenu. Momentami prawdziwe bezdroża ze ścieżkami ginącymi wśród roślinności porastającej strome, zarośnięte lasem pagórki. 2-3km marszu w trudnym terenie i dalej, bieg przez pola, łąki i las. Gdy dotarłem do kolejnego fragmentu lasu, czołówka wyścigu zawracała. Ale po twarzach rywali widziałem, że dodatkowe kilkaset metrów nie zrobiło na nich większego wrażenia. Oni byli naprawdę mocni. Do Zwierzyńca zbiegaliśmy szerokim polnym traktem. W nogach miałem zaledwie 20km, lecz na długim gruntowo – kamiennym zbiegu czułem, że w dalszej części wyścigu będę miał problemy, ponieważ zbyt opornie zbiegałem z góry na tak łatwym odcinku. Później było trochę asfaltu. Szeroki piaszczysty fragment leśnego traktu. Następnie wąska ścieżka między gęsto rosnącymi drzewami oraz punkt kontrolny i dożywiania w Zwierzyńcu.

25km pokonane w 2:35:00 bardziej mnie zmartwiło niż zachwyciło. Wiedziałem, że nie utrzymam takiego tempa, a ten odcinek przebiegłem za szybko, co mogło się na mnie zemścić w dalszej części ultramaratonu. Przy stawach w Zwierzyńcu do których dotarłem, rozpoczynał się start 30km dystansu. Nie wiem dlaczego był opóźniony, ale wbiłem się w tłum ponad 200-tu biegnących osób, co nie było przyjemne,  jeśli ma się w nogach prawie 30km biegu, lecz nie posiada się formy na kolejne 30-ści kilometrów z zawodnikami dopiero rozpoczynającymi bieg. Ale właściwie to oni mieli problem z wyprzedzaniem dogorywającego staruszka. Dlatego nie martwiłem się tym, że utrudniam, bo chciałem jedynie przetrwać. Tak mijały kolejne kilometry wyścigu na niezwykle ciekawej trasie, ponieważ organizator zadbał o to, by przebiegała przez najciekawsze fragmenty Roztocza. Nawet jeśli oznaczało to wystawienie dodatkowych osób na trasie, w celu zabezpieczenia biegu, a było takich miejsc sporo i za to ogromne uznanie dla pomysłodawców imprezy!

Ostatnie dwadzieścia kilometrów było dla mnie męczarnią, lecz bardziej wysiadłem psychicznie niż fizycznie. Teraz po biegu wiem, że mogłem urwać co najmniej 15 minut z wyniku, dając z siebie znacznie więcej. Ale na roztrząsanie tego jest już za późno. Ostatnie kilometry ultramaratonu prowadziły przez Rezerwat Szum, a tuż przed Józefowem kluczyliśmy w pobliskim, imponującym kamieniołomie. I mimo zmęczenia oraz zniechęcenia, nie mogłem nacieszyć się tym, że przez chwilę znalazłem się w tak pięknym miejscu.

59km dystans biegu pokonałem w czasie 6:57:08 zajmując 33m-ce w klasyfikacji mężczyzn na 90 rywali i 6 m-ce na 19 osób w kategorii dziarskich weteranów. Możliwe, że mój wynik mógłby być odrobinę lepszy od tego jaki uzyskałem, gdybym inaczej rozpracował mój bieg, ale na osiągnięcie rezultatu, o którym myślałem wiele miesięcy wcześniej byłem zdecydowanie za słaby.

Polecam Ultraroztocze oraz całą roztoczańską krainę, każdemu miłośnikowi biegania w ciekawym terenie. Zajrzyjcie koniecznie do Zamościa jeśli odwiedzicie te okolice, będziecie pod wrażeniem! Wielki szacunek dla organizatorów za przygotowanie świetnej imprezy. Na pewno były zgrzyty, chociażby brak w kilku miejscach oznakowań biegu, ale zdaję sobie z tego sprawę, że nie sposób upilnować tak długiej trasy wyścigu. Czasami wystarczy, aby ktoś zerwał kilka taśm, lub zniszczył kilka znaków, aby uczestnicy biegu się pogubili. Dlatego jeśli możecie pobierajcie tracki biegów, albo dokładnie analizujcie trasę wyścigu, co może okazać się pomocne w trakcie Waszych startów.

W mojej kategorii zwyciężył Piszczatowski Wojciech (Warszawa) który zajął drugie miejsce w klasyfikacji generalnej! Jego czas: 5:24:40. W ubiegłym roku wygrał weteran z Przemyśla – Jałocha Mieczysław, pokonując dystans 65km (5:50:25) w tempie, w którym byłem w stanie przebiec zaledwie kilkanaście kilometrów. Wniosek nasuwa się tylko jeden, trzeba nadal trenować i nie ma co się mazać, przecież do końca sezonu jeszcze sporo czasu, a po nim jeśli zdrowie dopisze będzie kolejny.

Link do strony zawodów > http://www.ultraroztocze.pl

Polecam: Ośrodek Relaks w Zwierzyńcu w którym nocowałem > http://noclegizwierzyniec.pl

Zwierzyniec  – W SERCU ROZTOCZA (ja korzystałem z masażu Lomi Lomi Nui i może dzięki temu przetrwałem bieg) > https://wsercuroztocza.pl

oraz Restauracja Polonia w Zamościu (w pobliżu głównego rynku) gdzie serwują wyśmienitego tarciucha (zwanego babką ziemniaczaną), gryczniaki i znakomite flaczki po zamojsku > http://www.poloniazamosc.pl

Slavo 65

Przeczytaj też...