Mój drugi start w tym roku.

Półmaraton Górski z Flagą na Trójgarbie był drugim startem w tym roku. Nie obiecywałem sobie po nim zbyt wiele, ponieważ po ostatnim długim treningu byłem załamany. Nie wiedziałem czy 20km wspólnego biegu z Radkiem, godzinę po nocnej zmianie, było ponad moje siły, czy był to dalszy zjazd formy i start w półmaratonie okaże się kompletną katastrofą. Dlatego w Starych Bogaczowicach postanowiłem pobiec bez niepotrzebnego stresu i rozmyślania nad tym co zrobiłem dobrze, a co źle w przygotowaniach do sezonu, ponieważ za wiele do gadania nie miałem: dwa razy mocne przeziębienie oraz kontuzja rozcięgna podeszwowego i plan treningowy zawalił się jak domek z kart.

Pomimo braku optymizmu cieszyłem się, że będę mógł spotkać wiele znajomych osób, porozmawiać z nimi, a później powalczyć na trasie półmaratonu. Teren na którym mieliśmy rywalizować znałem ze swoich treningów. Masyw Trójgarbu przez który przebiegała trasa zawodów charakteryzuje się licznymi, długimi, męczącymi podbiegami i zbiegami prowadzącymi w większości szerokimi, kamiennymi lub gruntowymi traktami. Najwyższe wzniesienia są strome, lecz drogi łagodnie opadają w dół trawersując wzgórza lub mozolnie wspinając się pod górę. Trójgarb to znakomite miejsce dla biegaczy, ale również miłośnicy dwóch kółek mogą tutaj dać sobie niezły wycisk.

Na zawody pojechałem z Grześkiem i Radkiem. W biurze zawodów mieszczącym się pod wiatą obok niewielkiego, malowniczego zalewu – załatwiliśmy niezbędne formalności. Do startu było dużo czasu, dlatego mogliśmy porozmawiać ze znajomymi, a później rozgrzać się przed biegiem. Wystartowaliśmy razem – uczestnicy półmaratonu oraz 10km dystansu. Od startu kilkanaście metrów łagodnie w dół, później ostry zakręt w prawo i krótki podbieg. Dalej szeroką kamienno – gruntową drogą oddalaliśmy się od zalewu. Biegłem z tyłu. Grześka i Radka nie widziałem już od początku wyścigu. Chłopaki wyrwali mocno do przodu. Niemal od początku trasy, czekała na nas 7km wspinaczka na szczyt Trójgarbu (778 m n.p.m.). Ponad 300m przewyższenia na tym odcinku to niewiele, ale może zmęczyć. Początkowo droga wiodła łagodnie pod górę, lecz im bliżej szczytu, tym bardziej robiło się stromo. Na Skrzyżowaniu przy Czereśni, trasy zawodów rozchodziły się. Półmaratończycy biegli dalej pod górę, a uczestnicy 10km biegu mogli rozpocząć szalony zbieg w kierunku mety.

Biegłem coraz wolniej, zadowolony, że tym razem nie poddałem się przechodząc do marszu zbyt wcześnie, podczas, gdy organizm nadal był w stanie wiele wytrzymać. Nawet powolny bieg, będzie nieco szybszy od marszu, lecz na stromym zboczu należy kalkulować – co bardziej się opłaca – mozolne podbieganie, czy wyczerpująca wspinaczka? Co zmęczy nas mniej? Czy podbieganie, które pozwoli nam być minutę lub dwie szybciej na szczycie – nie zabierze nam zbyt wiele sił, których może zabraknąć w dalszej części wyścigu? Jeszcze kilkadziesiąt metrów marszobiegu i Trójgarb z narodową flagą oraz punktem pomiaru czasu zdobyty. Niewiele stąd można dojrzeć, ale z niektórych fragmentów trawersujących stoki masywu, roztaczają się wspaniałe widoki na Rudawy Janowickie i dalsze Karkonosze, a z drugiej strony na Ślężę i Góry Wałbrzyskie. W tych stronach najbardziej zachwycał mnie widok leśnych duktów trawersujących zbocza i wielu powulkanicznych skałek rozsianych między drzewami, wśród których  niektóre dochodziły do kilkunastu metrów wysokości.

Tym razem nie było czasu na podziwianie krajobrazów, ponieważ zaczął się mocny zbieg! Około 6km szalonego biegu gruntową drogą z niebezpiecznymi kamieniami wystającymi spośród igliwia, gałęzi i trawy. Najszybszy kilometr pokonałem w czasie 4:16min/km, lecz nie miałem szans powalczyć z zawodnikiem stawiającym ogromne kroki, co najmniej dwa razy większymi od moich! Był wyższy, ale rozpiętość jego kroków była naprawdę imponująca. Zawodnik oddalił się ode mnie już na początku zbiegu. Ale przez 4 kilometry miałem inne towarzystwo „na plecach” Ktoś biegł za mną i nie kwapił się do tego, by mnie wyprzedzać. Przyspieszałem – on również. Zwalniałem – on też. Było to nieco irytujące, ale zmuszało mnie do szybszego biegu!

Rywale z kategorii M50 byli dla mnie poza zasięgiem!

Zbiegliśmy do asfaltowej drogi. Zamieniliśmy kilka słów i wspólnie rozpoczęliśmy wspinaczkę w kierunku „Skrzyżowania Siedmiu Dróg” skąd miał rozpocząć się ostatni, około 4km zbieg w stronę mety. Powalczyłem jeszcze z dwoma zawodnikami wyprzedzając ich na podbiegu, lecz od ostatniego punktu z wodą rozpoczął się zbieg w kierunku Starych Bogaczowic. Leśna droga opadała w dół. Miałem trochę sił, żeby zejść grubo poniżej 5min/km, lecz wyprzedziło mnie dwóch zawodników. Jak zwykle zabrakło mi szybkości – zszedłem do 4:14min/km i to było wszystko na co mnie stać. Zawodnik ze Świdnicy z którym zbiegałem, a później wspinałem się do skrzyżowania – towarzyszył mi niemal do końca wyścigu. Wyglądało na to, że ma jeszcze spory zapas sił, ale nigdzie mu się nie spieszy. Dotarłem do mety zadowolony, że wytrzymałem kondycyjnie ten bieg. W klasyfikacji generalnej uplasowałem się na 45 m-cu na 116 uczestników wyścigu, a w kat. M50+ byłem czwarty na 19-tu rówieśników. Dystans 20,2km (przewyższenie +598m/-599m) pokonałem w czasie 01:46:07 ze średnią 5:14min/km

Start mogę uznać za udany, gdyż zrobiłem wszystko co byłem w stanie zrobić, lecz brakowało mi jak zwykle szybkości. A jeśli jej nie ma, to szczere chęci do mety szybciej nas nie zaniosą, ale walczyć trzeba, po to jedzie się na zawody! W mojej kategorii zwycięzcy dobiegli do mety następująco; zwyciężył Zdzisław Dobras (1:36:40) – 23 open, drugi był Grzegorz Sulima / Strzegom (1:41:02) – open 26, a trzeci Artur Adamin / Wałbrzych (1:42:07) – 29 open. Ja byłem za nim dokładnie 4 minuty później, a kolejny zawodnik Jacek Czyczerski miał do mnie tylko minutę straty. Chwila rozczulania się nad sobą i On byłby przede mną.

Wszystko byłoby dobrze. Piwko po biegu, makaron z sosem, rozmowy z kolegami, dekoracja zwycięzców, kilka pamiątkowych zdjęć… w domu kąpiel, analizowanie swojego startu itd. Ale byłoby to zbyt piękne! Dzień minął bez problemu, lecz z bardzo mocnym bólem prawej łydki obudziłem się nazajutrz! A poprzedniego dnia nic mi nie dolegało. Żadnych negatywnych objawów. Z tego powodu pierwszy trening w maju odpuszczony. Długi górski trening zaplanowany na sobotę też musiałem skrócić. Na szczęście mogę biegać! Może było to dla mnie ostrzeżenie, żebym nie starał się za wszelką cenę nadrabiać straconego czasu?

Link do wyników > http://wyniki.datasport.pl/results2483/

Slavo65

Przeczytaj też...