Krótkie podsumowanie sezonu 2017 :)

Kilka lat temu bieganie stało się dla mnie kolejnym zajęciem. Wcześniej sporo czasu spędziłem na siłowni – budowanie masy mięśniowej oraz chęć podnoszenia coraz większych ciężarów. Było też Aikido – usiłowanie odnalezienia energii z Kosmosu pozwalającej zostać skutecznym wojownikiem. Szachy – zgłębianie milionów kombinacji i pragnienie pozostania na szachownicy jak najdłużej z królem wolnym od problemów. Było też jeździectwo, żeglarstwo. Piłka nożna z możliwościami jakich niestety nie wykorzystałem. Ale wszystko co robiłem zanim zacząłem biegać nie miało polotu. Niby wykonywałem to dążąc do coraz lepszych wyników, lecz tak naprawdę nie miałem określonego celu. Na przykład chęci zostania szachowym Mistrzem Świata. I może dlatego nie było w tym wszystkim sportowego zacięcia? Takiego zaślepienia, napalenia się. Zaciśnięcia zębów i parcia do przodu w kierunku wytyczonego celu.

Dlaczego w 2011 roku postawiłem na bieganie? Kolejna moda której również ja uległem? Ktoś mnie namówił? Uwierzyłem że bieganie jest zdrowe, a robiąc to codziennie znacznie później od innych wyląduję w piachu? Nic z tych rzeczy. Po prostu poczułem potrzebę doskonalenia się, a bieganie daje ogromne możliwości. Można biegać ultra maratony, maratony, biegi średnie i krótkie. Można biegać po górach. Wybierać tylko atestowane biegi w mieście lub biegi przełajowe, czy z przeszkodami. Rywalizowanie w bieganiu za serem lub z kobietą dźwiganą na plecach również jest możliwe! Możemy biegać po schodach i zostać najlepszym biegaczem na świecie w tym fachu. Rywalizować w Lidze Biegów Górskich. Zdobyć Koronę Maratonów, czy półmaratonów i nieustannie poprawiać swoje wyniki.

Bieg za Serem ma wieloletnią tradycję.

Nawet jeśli w amatorskim bieganiu nie mamy najmniejszych szans na zdobycie tytułu Mistrza Polski, Europy, czy świata. Zawsze możemy postawić sobie cel do którego będziemy dążyć. Ba! Który możliwy jest do osiągnięcia. O ile kierujemy się zdrowym rozsądkiem. A rozsądku wielu ludziom brakuje. Znam kilka osób, demolujących swoje rodzinne życie przez stawianie biegania, triatlonu, czy jazdy na rowerze na pierwszym miejscu. Albo osoby biegowo OBJAWIONE, zachowujące się jakby to one przed Kolumbem, czy Wikingami odkryły Amerykę i teraz na siłę starają się przekonać innych o tym innych… Na szczęście większość z nas biega dla zdrowia, przyjemności, z chęci rywalizacji, sprawdzenia się, czy przeżycia ciekawej przygody, a wszystko to bez wydumanej ideologii. Dla wielu ludzi liczy się zwykła aktywność i nic poza tym. Po prostu bieganie jak wszystko, ma swoje plusy i minusy.

Wśród tego wszystkiego jestem JA. Ponad pięćdziesięcioletni, średnio wykształcony, pracujący fizycznie facet, jakich miliony są na świecie. Czy mam kompleksy z tego powodu, że jestem jednym z milionów? Takim zwykłym, szarym obywatelem tego świata? W żadnym wypadku, ponieważ jestem wyjątkowy. Tak samo jak wyjątkowi są pozostali ludzie na świecie. Jedni gorsi, drudzy lepsi – według norm ustalanych przez innych ludzi, roszczących sobie prawo do ich ustalania. Ale miało być podsumowanie 2017 roku, a nie roztkliwianie się nad ludzkością!!!

Maciek i ja z wizytą u Strażnika Wieczności. To był ciekawy trening u kolegi z Polanicy.

2017 rok był moim siódmym sezonem biegowym i jednocześnie najlepszym. Na 16-cie startów, siedem razy stawałem na podium w kat. M50+ Po raz pierwszy wywalczyłem pierwsze i drugie miejsce w kategorii. Zdaję sobie sprawę, że większość z imprez w których brałem udział, to nie prestiżowe biegi przyciągające czołówkę polskich biegaczy i było w nich łatwiej o sukces. Ale i tak cieszę się ogromnie, gdyż jeszcze dwa lata temu, nawet na lokalnych biegach, nie miałem co myśleć o miejscu w pierwszej trójce. Wiem, że przede mną ciężka praca, aby w kolejnym sezonie chociaż raz ponownie wdrapać się na biegowe podium. Tym bardziej, że według mojej oceny wybrałem mocniejsze imprezy i będzie o to znacznie trudniej. Wiem też, że muszę przyspieszyć, schudnąć, być bardziej systematyczny, uwierzyć w siebie. Oj straszenie dużo tej wiedzy posiadam! Znacznie gorzej z jej wykorzystaniem!

Najważniejszy cel w 2017 roku, którym miało być zwycięstwo w kat. M50 na 40km dystansie – GORCE ULTRA TRAIL został przeze mnie osiągnięty. Pozostałe – poprawienie czasów na dystansie 21km i 10km na atestowanych trasach – niestety nie zostały zrealizowane.

Jedni uprawiają sport dla sławy i pieniędzy – inni dla satysfakcji i odrobiny dowartościowania się miejscem na podium w czołówce biegu, poprawą wyniku lub ukończeniem długiej, czy wymagającej trasy zawodów.

Ale skąd te Gorce? Dlaczego tam, a nie gdzie indziej? Najprawdopodobniej dlatego, że tacy ludzie jak ja kierują się jakimiś innymi, bliżej nie wyjaśnionymi, albo raczej mało popularnymi  zasadami. Kiedy podczas pierwszej wizyty na stronie zawodów, przejrzałem ją, poczytałem co organizatorzy piszą o imprezie oraz tamtejszym regionie i jak do tego podchodzą, pomyślałem że warto by było się tam wybrać. Doszły do tego tajemnicze Gorce – góry przeze mnie zupełnie nie znane, a po przejrzeniu wyników zakiełkowała myśl, że mam szansę na miejsce w pierwszej trójce w swojej kategorii wiekowej. Nie byłem tak naiwny myśląc, że siedem godzin, uzyskane przez zwycięzcę kat. M50 na dystansie 40km w poprzedniej edycji, będzie powtórzone i łatwo dobiegnę do zwycięstwa. Czułem, że druga odsłona zawodów przyciągnie mocniejszych biegaczy i myślałem o osiągnięciu co najmniej 5 godzinnego wyniku. Jednocześnie zastanawiając się, czy to wystarczy? Uzyskany przeze mnie czas 4:51:58 zapewnił mi pierwsze miejsce na nieco krótszej, lecz odrobinę trudniejszej niż w ubiegłym roku trasie. Zadowolony byłem ze zwycięstwa, bo mimo problemów z organizmem na trasie, przez które straciłem kilka minut, a tym samym kilka pozycji w klasyfikacji generalnej, rozegrałem bieg tak jak chciałem. Zrobiłem wszystko, co mogłem w Gorcach zrobić aby wygrać. Było to możliwe, gdyż do najważniejszych zawodów solidnie się przygotowałem. Nie zrealizowałem całego programu treningowego – jak zwykle, lecz kluczowe, długie i wymagające treningi zrobiłem niemal w całości.

Podsumowując. Najbardziej cieszy mnie to, że pomimo mizernych postępów, spowodowanych głównie różnymi dolegliwościami, gnębiącymi mnie w każdym sezonie (w 2017 – było tak również), po siedmiu latach zdołałem uporządkować podejście do tego co chcę osiągnąć (nareszcie!) oraz sposobu by to zrealizować. Martwi mnie że często muszę odstawiać na bok mocne treningi, bo jeśli organizm nawala – tak właśnie postępuję. Nikt mi za bieganie nie płaci, dlatego nie łykam tabletek przeciwbólowych i nie wychodzę na trening. Po prostu odpuszczam, lecz później brakuje mi jakiegoś elementu, który popchnąłby moje wyniki do przodu. Najczęściej szybkości, ale nikt nie jest doskonały. Bieganie nadal mnie bawi, mimo bólu nóg i innych problemów, ale leżenie na kanapie też może być uciążliwe, bo takie jest życie.

Slavo 65

Przeczytaj też...