1609km w sześć miesięcy i co dalej?

Nigdy nie robiłem półrocznego podsumowania, ale jak coś zgrzyta, to człowiek zaczyna rozmyślać i roztkliwiać się nad sobą. Początek roku zaczął się u mnie od przewlekłego przeziębienia, ciągnącego się od grudnia. Dlatego dwa miesiące przygotowań do sezonu wypadły z obiegu. Od lutego zacząłem wracać do intensywnych treningów i pierwsza połowa sezonu wypadła całkiem przyzwoicie. Trzecie miejsce w kat. M50 w czeskim Kuksie (21km) – kwiecień, drugie (M50) w biegu Rzepakowa Dycha – Chełmiec (okolice Jawora – maj) Ultramaraton Transylvania100K w Rumunii też przebiegłem nieźle. Czas nie zachwyca, ale wiedziałem, że będzie to dla mnie bardzo trudny bieg i nastawiłem się na pokonanie trasy z dużym zapasem limitu czasowego, a nie na walkę z międzynarodową konkurencją.

Niemal od pierwszego roku mojego biegania, nastawiony byłem na realizację planu oraz związanym z tym robieniem wyników. I nigdy mi się to nie udało. Żaden rok nie był przeze mnie wykorzystany do końca. Głównie z powodu kontuzji, albo drobnych urazów, nie pozwalających realizować wytyczonego planu. Może zbyt ambicjonalnie podchodzę do biegania? Może za bardzo zapatrzony jestem na rówieśników osiągających nadal znakomite wyniki, zapominając o tym, że biegają oni od bardzo dawna. A ja mimo pięćdziesięciu lat z kawałkiem jestem początkującym biegaczem. Możliwe, że najwyraźniej nie mam zdrowia na zbyt intensywne treningi. Coś jednak muszę zrobić. Nie chciałbym z tego rezygnować, bo bieganie, a szczególnie rywalizacja na zawodach oraz skupienie na realizacji planu treningowego – nawet jak się on nie układa, pozwala oderwać się od rzeczywistości i mimo wszystko sprawia satysfakcję. Bieganie dla mnie jest jak szalupa ratunkowa pozwalająca swobodnie płynąć przez wody zgnuśniałego świata. Każdy z nas powinien mieć pasję, jakieś zajęcie, dzięki któremu może oderwać się od codzienności. Nawet jeśli materialnie nie ma z tego korzyści, lecz ponosi rozsądne koszty, to i tak się opłaca. Zawsze lepsze to od wódki lub dragów, dzięki którym bardzo wielu ludzi stara się wyrwać od rzeczywistości. Co udaje się jedynie na moment i albo uzależnia, albo powoduje wyrzuty sumienia pogłębiając stan beznadziejności. Dlatego preferuję coś, co wymaga wysiłku oraz skupienia lecz nie powoduje kaca i uzależnienia. Takim czymś może być bieganie, jazda na rowerze lub budowanie modeli statków – cokolwiek.

Kiedy piszę te słowa, jest koniec lipca i zanosi się na to, że w tym miesiącu 300km będzie wybiegane. Ale przemęczenie organizmu daje znać o sobie. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo od kilku tygodni pracę mam średnio intensywną, a obciążenie treningowe w granicach rozsądku. Odpuściłem dzisiejszy trening, a zabrałem się za rozmyślanie, czytanie zgromadzonego materiału na temat biegania i analizę pierwszego półrocza. Nie mam trenera, więc muszę radzić sobie sam.

Na biegowym rynku, pojawia się coraz więcej pseudo trenerów. Bo prawie nikt nie robi żadnych trenerskich szkół, a trenerów ciągle przybywa! Większość z nich na bieganiu zna się tyle co ja. Oględnie mówiąc: gówno się na tym znają! Zżynają programy z książek lub internetu i podsuwają naiwnym biegaczom jako swoje. Tak tylko wspominam, bo może czyta to ktoś, kto samozwańczemu trenerowi płaci 200-300zł miesięcznie, za wiedzę którą mogą zdobyć sami. Kupując za niepotrzebnie wydane pieniądze kilka fachowych książek, a resztę przeznaczyć na trening uzupełniający: basen, siłownię oraz regenerację w saunie lub na stole u masażysty.

Jeden z kolegów prowadzony przez takiego „trenera” poprawił swój wynik w maratonie o kilkanaście minut, ale po kilku miesiącach, gdy przestał robić postępy i zaczął szukać innych rozwiązań – znalazł w „sieci” plany treningowe którymi posługiwał się jego trener. Program treningowy był identyczny! Na szczęście nic za to nie płacił, była to bowiem pomoc koleżeńska. Możliwe że postęp kolegi był bardziej wynikiem trenerskiej presji, niż programu, ale był. Dlatego nie kwestionuję kategorycznie takiej pomocy, bo wiedzą należy się dzielić. Zwracam tylko uwagę, że wielu ludziom brak kwalifikacji oraz doświadczenia i należy mieć dystans do takiej pomocy.

Nadal jestem sam sobie kapitanem, sternikiem i żeglarzem. Szkoda tylko, że dryfuję zamiast płynąć.

Slavo 65

Przeczytaj też...