Górska orka w Transylwanii!

00. Transylvania 2017

Do Rumunii pojechaliśmy sześcioosobową ekipą.  Ruszyliśmy z Oławy we wtorek, aby być na miejscu kilka dni przed zawodami. Odpocząć i zobaczyć coś ciekawego. Nie nastawialiśmy się na wielkie zwiedzanie, ponieważ głównym celem były zawody. Do Bran dotarliśmy bez problemu. Nawigacja, dobry kierowca oraz sprawny samochód i po 17 godzinach, przebywając ok. 1300km dotarliśmy na miejsce. Nasz pensjonat był niewielki – pięć pokoi, sanitariaty i duży aneks kuchenny. Przed zawodami zwiedziliśmy zamek chłopski w Rasnovie oraz rynek w pobliskim Brasovie. Po zawodach zamek w Bran, a w drodze powrotnej zabytkowe centrum Sybina. Gościliśmy się w miejscowej restauracji znajdującej się w centrum Bran. Interesowała nas tylko kuchnia rumuńska, bo pizzę, czy spaghetti mogliśmy zjeść u siebie. Mnie smakowało. Potrawy były bardziej syte niż w Polsce, może dlatego, że bazowały głównie na różnym mięsie. Rumunia zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Sympatyczni ludzie, dobra kuchnia, piękne okolice, dużo zabytków, a ceny porównywalne do polskich.

Łukasz startował na dystansie 100km, Jarek, Robert i ja na 50km, Aga biegła na 20km trasie, a Małgosia była jedyną osobą z ekipy, która nie startowała. Ale w dniu imprezy, wybrała się ze znajomymi z Wałbrzycha na trasę zawodów. Na listach startowych widziałem ponad 30 osób z Polski. W imprezie wystartowało 784 miłośników górskiej orki z całego świata, m.in. z Polski, Niemiec, Rumunii, Wielkiej Brytanii, Czech, Bułgarii, Belgii, Hiszpanii, Włoch, Węgier, Austrii, USA, Meksyku, Australii i jeszcze kilku krajów. 20 maja o godzinie 5:00 ruszyli uczestnicy 100km dystansu, o 7:00 – 50km bieg, a o 9:00 wystartowali uczestnicy 30km i 20km biegu.

01. Transylvania 2017

Numer pobrany – cyrograf podpisany!

Prognoza pogody dotycząca dnia zawodów wskazywała, że podczas biegu będzie ok. 10 stopni w Bran, w górnych partiach Gór Bucegi 2-5 stopni, a w najwyższej części silny wiatr z odczuwalną temperaturą spadającą do -5 stopni Celsjusza. Do tego dochodziły opady deszczu: rano, w środku dnia i wieczorem, przerywane okresami lepszej pogody. Zapowiadało się ciekawie!

Robert, Jarek, Marian oraz ja, po 3,5km marszu dotarliśmy na miejsce startu znajdujące się u podnóża zamku w Bran. Łukasz od ponad godziny był już na trasie. Patrząc na zamek nie myślałem o tym, czy jestem odpowiednio przygotowany, czy dam radę itd. Kilkadziesiąt minut przed startem wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu i właściwym czasie. Nie przewidywałem żadnych problemów. Rozmyślanie na temat tego, na co nie mam wpływu, a mogłoby się wydarzyć podczas zawodów – darowałem sobie tym razem, bo wszystko się może zdarzyć. Przygotowywałem się solidnie, ale czułem się nie dotrenowany. Martwił mnie mój brak doświadczenia w bieganiu wysokogórskim. Ale  przestałem o tym myśleć, bo w górach byłem częstym gościem, a nie sporadycznym bywalcem i zdałem się na turystyczne doświadczenie – może się na coś przyda.

02. Transylvania 2017

Od lewej: ja, Robert Czapiga, Marian Scripnic (Rumunia) i Jarek Łuczkiewicz

Przed startem przeglądałem trasę zawodów, profil, prognozę pogody, informacje dotyczące warunków na trasie oraz wyniki biegu z poprzednich edycji. Doszedłem do wniosku, że 12 godzin jest dla mnie do osiągnięcia w trudnych warunkach, a 9,5 – 10 godzin – jeśli nie będzie tak źle. Swoje 52 lata na grzbiecie oraz stopień wytrenowania też brałem pod uwagę. Nastawiłem się na 10 godzin, lecz przed startem żartowaliśmy z Robertem, że wystarczy jak dotrzemy do mety przed zmierzchem. Żarty, żartami, ale okazało się, że kilku osobom nie udało się dotrzeć do Bran przed zachodem słońca.

Ruszyliśmy. Najpierw asfaltem przez centrum Bran, ok. 2km niemal od początku pod górę. Następnie polnymi drogami również w górę. Przed nami ukazała się wspaniała panorama Gór Bucegi i rozległe łąki i pastwiska ciągnące się u podnóża. Dalej rozpoczęła się bardziej stroma wspinaczka. Mój Garmin, który oszalał po przejechaniu strefy czasowej –   wskazywał dystans w kilometrach, lecz tempo przeliczał na mile! Miodzio! Źle ustawiłem sprzęt przed zawodami i zapomniałem sprawdzić, czy wszystko działa jak należy. Robert już po 2km biegu został w tyle. Może dla niego było za szybko? Nie wiem. Ja nie chciałem na tak łatwym odcinku stracić za dużo minut.

Ja na Omu2

Na zdjęciu jestem po 15-tu km ultramaratonu. Za sobą mam przewyższenie:+2200m i ok. -500m

Od linii startu do Przełęczy Tiganesti było około 1450m w pionie na 9,5km odcinku. Kolana zaczęły coraz mocniej skrzypieć, czego się nie spodziewałem. A sprawdzone Asicsy obcierały pięty! Niepokojące problemy już na początku wyścigu??? Napierałem, nie mogąc doczekać się końca mozolnego podejścia. Od czasu do czasu były krótkie wypłaszczenia, które pokonywałem biegiem, by urwać dodatkowe sekundy. Nie odpuszczałem i może dlatego byłem gdzieś w połowie pierwszej setki zawodników. Tuż przed przełęczą zaczynał się śnieg. W chmurach wraz ze wspinającymi się za mną zawodnikami, spotkaliśmy grupę biegaczy schodzących w dół. Pomylili trasę. Zawróciliśmy za nimi i dalej biegliśmy razem. Końcówka ok. 3km zbiegu z przewyższeniem -400m była bardzo stroma. W niektórych miejscach zsuwałem się z wielkich, mokrych głazów. Nie chciałem ryzykować upadku. Do CP Malaiesti dotarłem grubo przed limitem. Robert został daleko w tyle, a Jarek najmocniejszy z nas prawdopodobnie wspinał się śnieżnym żlebem w kierunku Omu. Marszobiegiem dotarłem do najtrudniejszej części ultramaratonu. Niezwykle stroma, kilkusetmetrowa rynna, wypełniona zmrożonym śniegiem zrobiła na mnie wrażenie, chociaż wcześniej widziałem to miejsce na zdjęciach. Mozolna wspinaczka wydawała się nie mieć końca. Skupiony na tym by się nie pośliznąć, albo nie strącić na kogoś luźnego kamienia, nie zwracałem uwagi na bardzo zimny i mocny wiatr. W chmurach nad sobą widziałem nogi i buty zawodników wspinających się przede mną, a pod sobą – głowy i ręce tych zmierzających za mną. Końcówki żlebu nie było widać. Usłyszałem ostrzeżenia przed spadającymi kamieniami, wykrzykiwane w kilku językach! I lecący kamień, a później następny. Żartów nie było. Należało uważać. W końcu pojawiła się lina jaką widziałem na filmikach z YouTube. Co oznaczało, że będzie jeszcze bardziej stromo, ale za to blisko końca wspinaczki. Saua Hornurilor (2311m) do której dotarłem pogrążona była w chmurach.


Na filmie najbardziej wypasiona 30-tka jaką widziałem.

Jeszcze dwieście metrów w pionie na ponad kilometrowym odcinku – Omu (2505m) zdobyte i nadal nic nie widać! Chmury, porywisty, lodowaty wiatr i chwilowy opad gradu. Najwyraźniej najwyższy szczyt Gór Bucegi nie życzył sobie naszej obecności. Błądząc w chmurach dotarłem do obsługi biegu kierującej ruchem. Licząc na to, że wkrótce dostanę się do mniej wietrznego miejsca, nie wyciągałem kurtki przeciwdeszczowej. Z napotkanymi zawodnikami, wyraźną ścieżką rozpocząłem zbiegać w dół. W ostatniej chwili, osoba przebywająca w tym miejscu, wskazała słabo widoczną ścieżkę ciągnącą się w górę u podnóża znajdujących się tutaj skał. Okazało się, że była to właściwa droga. Szkoda, że nigdy nie dowiem się, czy pani wskazująca nam kierunek, należała do obsługi zawodów, czy była przypadkową turystką widzącą dokąd pobiegli zawodnicy przed nami. Kilka kilometrów błądzenia w chmurach znacznie spowalniało mój bieg. Wypatrywałem wyłaniających się z nich stalowych słupków z taśmami oznaczającymi trasę biegu. Słupki były bardzo ważne, ponieważ po długim zboczu wiło się kilka ścieżek, schodzących się i rozchodzących, a ja nie wiedziałem, czy prowadzą w tą samą stronę, czy nie. Dlatego z niecierpliwością oczekiwałem oznakowań trasy. Żeby było trudniej, nie na każdym słupku te oznakowania były. Co jakiś czas ktoś mnie, albo ja kogoś wyprzedzałem. Na Omu dogoniłem ostatnich zawodników 100km dystansu. Trasa biegu łagodnie opadała. Chmury powoli znikały i po 5 godzinach biegu mogłem ujrzeć piękno Gór Bucegi. Ale musiałem spoglądać pod nogi, bo rozpoczął się trudny technicznie zbieg. Pod stopami mokre i śliskie kamyki, kamienie oraz kamloty! Obok płynął górski strumień Doamnele zasilany wodą z topniejącego śniegu, tworzył malowniczy wodospad, by dalej zwinnie wić się wśród głazów. Mech porastający ogromne głazy i drobne, intensywnie fioletowe kwiatki zdobiące ten zakątek. Chciałoby się zatrzymać i popatrzeć na to wszystko, ale trzeba było napierać. Dobiegłem do wartkiego, górskiego strumienia, szerokiego na ok. 3 metry. Widziałem taśmę za rzeką i w momencie gdy chciałem forsować wody Doamnele, ktoś z drugiej strony wskazywał mi, żebym zakręcał. Tak też uczyniłem, myśląc, że w pobliżu jest jakiś mostek. Po chwili zły byłem na siebie, że posłuchałem i kombinowałem szukając przeprawy zamiast przebrnąć przez potok od razu! Straciłem na tym kilka minut. Rzekę pokonałem brnąc przez wodę sięgającą do kolan, a później przedzierałem się przez zarośla, aby dotrzeć do szlaku. Do punktu kontrolnego – CP Pestera (ok. 27km) dobiegłem grubo przed limitem wynoszącym 9 godzin. Połowę trasy miałem za sobą. Do czasu przeznaczonego na mozolną wspinaczkę, doszły cenne minuty stracone na błąkanie się w chmurach. Ponad kilometrowy, trudny technicznie odcinek, kombinowanie nad rzeką i 6 godzin minęło niepostrzeżenie! Została łatwiejsza część ultramaratonu i 4 godziny, żeby zmieścić się w swoim planie. Ruszyłem! 2km wspinaczki, 590m w pionie na tym odcinku i okazało się, że wdrapałem się na niewłaściwą górę. Grubo! Dotarłem do Cabana Babele. Zmyliło mnie to, że zawodnicy ruszający przede mną z punktu kontrolnego w Pesterze – pobiegli w tą stronę, a ja bezmyślnie za nimi. W Pesterze rozchodziły się trasy 100km i 50km dystansu i należało uważać! Byłem zły na siebie. Stało się! Klnąc na siebie zawróciłem. Na Babelach dopadł mnie grad i obrzydliwie zimny wiatr. Ale z góry schodziłem w strugach deszczu, podczas burzy która nadciągnęła w tą stronę. Niecałe pięć minut bez rękawic, które musiałem zdjąć, aby przejrzeć mapę i założyć kurtkę – wystarczyło, by ręce zmrozić do bólu. Do tego dochodził mocny wiatr, który co chwilę zrywał mi kaptur z głowy, ponieważ nie mogłem zamotać pieprzonego sznureczka z jakimś dziwnym plastikiem służącym, a dokładnie mającym służyć do ściągnięcia kaptura, aby nie spadał lecz spadał! Koszmar. W jednej ręce trzymałem ten cholerny sznurek, pod pachą drugiej ręki kijki. A moja uwaga skupiona była na rozgrzaniu dłoni schowanych w przemokniętych rękawicach. Deszcz, wiatr, błoto, stromy stok. Gleba murowana! Na szczęście obyło się bez tego, ale miłośnicy Zumby, takich wygibasów, jakie czyniłem na stoku, z pewnością by mi pozazdrościli! Na pokonanie 4km, dodatkowego odcinka poświęciłem 80 minut! Wróciłem do CP Pestera. Dalej ruszyłem z rumuńskimi biegaczami, wśród których był zawodnik nocujący w tym samym pensjonacie co nasza polska ekipa. Do Przełęczy Strunga biegłem z nimi, ale zaczęli wymiękać, gdy ja doszedłem do siebie i przyspieszyłem. Niestety błoto na wiele nie pozwalało, ale ryzykowałem i biegłem szybciej. Wiedziałem, że przez wędrówkę na Babele, poleciałem w klasyfikacji kilkadziesiąt pozycji w dół. Nie poddawałem się i wyprzedzałem kolejnych zawodników. Teren był łatwiejszy. Trasa biegu prowadziła przez pastwiska rozłożone poniżej górskich szczytów. Kiedy samotnie wbiegałem w gęsty las, gwizdałem. W końcu dostaliśmy od organizatora gwizdki, żeby informować misie o swojej obecności w górach. Na szczęście spotykałem kolejnych zawodników, a nie rumuńskie niedźwiedzie. Pięknie było na tych zboczach, ale ślisko niemiłosiernie. Nie zatrzymywałem się na ostatnim punkcie CP Poiana Gaura. Zostało 13km do mety. Zmuszony przez kolejną ulewę zatrzymałem się kilometr dalej, ponownie zakładając kurtkę przeciwdeszczową. Następna ulewa i błoto spływające ze ścieżek! Przewrócone drzewo na ścieżce trawersującej zbocze i kolejna zagadka. Tędy, czy nie? Wygodny trawers prowadzący dalej, czy bardzo stroma wspinaczka pod górę? Wcześniej wyprzedziłem kolejnych biegaczy, a teraz czekałem na nich, by zobaczyć co zrobią. Jeden z nich znał okolice i za jego radą wspinaliśmy się mocno pod górę, by dopiero na wzniesieniu dotrzeć do taśm, znakujących trasę zawodów. Zaczęła się kilkukilometrowa ostra jazda, podczas której kijki rozgrzałem do czerwoności i uruchomiłem wszystkie mięśnie jakie posiada ludzki organizm. Okazało się, że jest ich sporo! Wyprzedzałem zawodników 30km biegu, kogoś z mojego dystansu i 100km trasy.

04.Transylvania 2017

Dotarłem do znajomej ulicy biegnącej przez Bran, lecz musiałem skręcić na wzgórze ciągnące się wzdłuż miejscowości. Widok z niego był wspaniały, ale błoto i liczne kałuże nie miały końca. Jeszcze kilku biegaczy zostawiłem za sobą. Byli zbyt wykończeni i nie podjęli ze mną walki. Zamek znajdował się w pobliżu, ale organizator zadbał o to, aby końcówka biegu również była mocna. Na ostatnich kilkudziesięciu metrach błotnej mazi, wyprzedziłem zawodnika, bezradnie zsuwającego się na pośladkach ze stoku, broniąc się w ten sposób przed upadkiem. Ja miałem kijki i było mi łatwiej. Dotarłem do hali sportowej w Bran, gdzie przed biegiem mieściło się biuro zawodów. Ostatnie metry, to również błoto! Kręta, błotnista ścieżka na terenie zamkowego parku. Kawałek szutru i już! Bieg niesamowicie mnie wyczerpał, ale nie było tak źle. Mógłbym przebiec jeszcze 10-15km. Gorzej było kilka godzin później – ledwo się ruszałem. 58km pokonałem w czasie 12:04:35 Byłem 186-ty na 295 osób startujących na tym dystansie. 30 zawodników nie skończyło biegu. 100km dystansu nie ukończyło ponad 40 osób. 30km bieg też nie był łatwy. W wynikach widziałem również kilka DNF-ów. To był mój najcięższy start. Może nie najtrudniejszy pod względem technicznym, ale niezwykle wyczerpujący fizycznie. Do zawodów w Rumunii mam tylko jedną uwagę. Track wytyczony był, gdy w górach zalegała gruba pokrywa śnieżna, dlatego w wielu miejscach nie pokrywał się z trasą zawodów. Trasa oznakowana była nierównomiernie. W niektórych miejscach oznaczenia były co kilkanaście metrów, a w innych trzeba było przebiec spory kawałek, żeby w końcu na nie trafić. Góry Bucegi to wspaniały teren dla ultramaratończyków i innych miłośników pięknych okolic oraz dzikiej przyrody. Ja do ultramaratonu nie mam większych uwag. Według mojej oceny, biuro zawodów działało sprawnie. Trasa biegu była niezwykle ciekawa. Mnóstwo interesujących ludzi z całego świata rywalizowało ze mną na niej w pięknych górach. A kapryśna pogoda pokazała, kto tak naprawdę w górach rządzi. Dziękuję Łukaszowi, że dowiózł mój tłusty tyłek na zawody i z powrotem oraz całej ekipie za miłe towarzystwo. Nie będę ukrywał, że taka wyprawa na odległe o ponad 1000km zawody to większy wydatek. Może jednak lepiej odpuścić kilka mniejszych imprez w kraju i od czasu do czasu wybrać się gdzieś dalej? Mnie się podobało i w 2018 chciałbym ponownie wyruszyć do Rumunii. Nie wiem czy na zawody, czy tylko turystycznie, to się jeszcze okaże.

Strona zawodów > http://www.transylvania100k.com

Termin kolejnej edycji – 19.05.2018r.

Slavo65

 

Przeczytaj też...