Skromne 201km w marcu

Ja i pomarańczka

Zaledwie 201km w marcu oznacza, że szału nie było, ale po czterech miesiącach niezłego biegania jeden kiepski – statystycznie wygląda przyzwoicie. I byłoby nieźle, gdybym w kolejny miesiąc wchodził sprawny jak młody Bóg, ale tak nie jest, lecz na tym koniec narzekania, bo patrząc na dolegliwości kolegów, którzy uj…ni są, co najmniej na kilka miesięcy, więcej narzekać mi nie wypada. Ja mam przynajmniej nadzieję na dojście do pełnej sprawności za dwa, trzy tygodnie, chociaż będzie to tak zwana „musztarda po obiedzie” ponieważ marzec i pierwsze tygodnie kwietnia, to najważniejszy okres przygotowań do maratonu.

Tak sobie ubzdurałem, że w tym roku pobiegnę tylko jeden maraton, ale za to porządnie – na maksa, bo nie chce mi się człapać 42 kaemów dla medalu z blachy, który na mecie dostanie również zawodnik zgłaszający się po sześciu godzinach, o ile taki limit przewidziany będzie w regulaminie. Nie mam zamiaru nikogo krytykować za podejście do kwestii biegania, za wyniki – czas uzyskany na mecie, a ściśle mówiąc za jego nastawienie  do startów. Bo każdy ma swój plan, swoją motywację oraz cel jaki chce osiągnąć. I to jest dobre, bo nic nikomu do tego, co dzięki startom oraz naszej biegowej pasji chcemy osiągnąć i do czego dojdziemy, a raczej dobiegniemy.

Uważam, że jeśli ktoś jeździ na zawody aby zwiększyć imponującą kolekcję pamiątkowych medali, to niech sobie jeździ, ale nie powinien się tego wstydzić i otwarcie mówić: „Jadę po medal”, a jeśli biega dla wyniku – niech się tego nie zapiera. Wiem, że wielu ludzi robi uniki lub po prostu kłamią, bojąc się powszechnej krytyki typu: „Mówiłeś, że złamiesz trójkę w maratonie. I co? Zrobiłeś ten bieg w 3:02:11 Nie udało ci się!!!”

Dlatego wielu kolegów przed startem narzeka na bolące kolana, szwankujące ścięgno Achillesa, ból krzyża itd. To taka przedbiegowa asekuracja. Bo jeśli coś nie wyjdzie, będą przed innymi usprawiedliwieni. Takie tam niuanse biegowego światka przyszły mi na myśl, ponieważ kiedyś naiwnie sądziłem, że „biegowe otoczenie” jest wyjątkowe, a właściwe lepsze od innych i nadal dużo ludzi daje się na to nabierać. Szkoda, że tak nie jest, ale w końcu do tego środowiska wchodzą tacy ludzie jak ja, przenosząc do niego swoje fobie, chore ambicje, urojenia lub radość i optymizm itd.. Ogólnie mówiąc: wady i zalety doczesnego życia.

Ale, ale!!! W ciągu 46 lat mojego niebiegowego życia, nie spotkałem tylu pozytywnie zakręconych ludzi, co w ciągu 5 lat biegania!!! Dlatego wolę leczyć obolałą łydkę, nawalającego „Achillesa”, rozklekotane kolano, ponieważ wiem, że za kilka dni spotkam się z ludźmi, dla których, tak jak dla mnie, bieganie jest wentylem bezpieczeństwa, chroniącym przed troskami tego świata. Nie narkotyki, alkohol, czy inne używki, a bieganie – również niezdrowe, ale tylko dla organizmu, lecz nie dla duszy!

Co u mnie w kwietniu?

  • jutrzejszy półmaraton w czeskim Kuksie – który miał być kolejnym mocnym treningiem przed maratonem w Warszawie, lecz zanosi się na to, że będzie przetruchtany, ale za to w doborowym strzegomsko – wałbrzyskim towarzystwie.
  • w najbliższą niedzielę (03.04.br.) I Bieg Koliby Łomnickiej – to promocyjny bieg Waligóra RUN Cross. Nie startuję, bo jako jeden ze współorganizatorów będę obsługiwał imprezę. I tutaj muszę dodać, że w życiu ciągle nas coś zaskakuje – pozytywnie lub negatywnie lecz nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak. Tym razem zaskoczenie jest na plusie. Planując promocyjne, koleżeńskie zawody nastawiliśmy się na 30-40-tu uczestników, a na liście startowej jest 126 osób! Takie niespodzianki uwielbiam. Nie przewidzieliśmy limitu startujących, dlatego możecie nadal się zapisywać! Podaję link do regulaminu: http://www.waligoraruncross.com/index.php?akcja=koliba
  • 24 kwietnia – planowany start w Orlen Warsaw Marathon. Cel był jeden – przebiec 42km w czasie 3:29:59 co najmniej! Niestety po jednym długim – 26km wybieganiu w tempie docelowym, nie mam się co nastawiać na poprawę wyniku. W każdym razie takie nastawienie byłoby nierozsądne. Ale jadę, bo nie mogę nacieszyć się myślą zobaczenia Warszawy po wielu latach oraz atmosfery wielkiego biegu i towarzystwa Radka – prawdziwego Warszawiaka, który cudownym zbiegiem okoliczności mieszka  trzy bramy dalej ode mnie, w jednym z licznych blokhauzów Wałbrzycha!

I to byłoby na tyle. Na Orlenie świat się nie kończy i jeśli nie uda mi się poprawić wyniku w Warszawie, zrobię to gdzie indziej następnym razem.

Slavo 65

Może Ci się również spodoba