Styczeń – 345km z bólem łydki :)

Ja i arcydzieło

Pierwszy trening 2016 roku, z powodu mocnego bólu łydki, kończyłem załamany, bo nie wróżyło to nic dobrego. Zanosiło się na biegową katastrofę. Pomyślałem tylko, że mój misternie ułożony plan, kolejny raz legnie w gruzach. Zupełnie jakby przeznaczenie czyhało na to, kiedy ten stary wałbrzyski naiwniak ułoży swój plan. Swój zafajdany biegowy domek z kart, który można zburzyć niewinnym dmuchnięciem w jego stronę.

Ale byłem zbyt zdesperowany po nieudanym, minionym sezonie, żeby się poddawać. Postanowiłem zastosować wypróbowaną metodę biegowych samobójców, czyli: „zabiegać kontuzję” – takie określenie kiedyś słyszałem. Dotyczy to biegania z dolegliwościami które nas dopadły. Nie wiem, czy statystycznie wychodzi to ludziom na dobre, czy złe, ale logika wskazuje na to, że raczej nie. Mimo wszystko postanowiłem spróbować, bo nigdy nie stosowałem tej metody. A jak to starodawne przysłowie mówi: „tonący brzytwy się chwyta” Będę biegał mimo bólu z założeniem, że jeśli się nasili – odpuszczam na tydzień lub dwa. Tak przebiegałem cały miesiąc. W połowie stycznia ból ustał. Ponownie pojawił się pod koniec miesiąca, by na początku lutego odpuścić. Styczniowy plan nie był zbyt skomplikowany: kilometraż, siła biegowa i przyspieszenie BS-ów. Można powiedzieć, że zrobiłem go w 80 procentach, ponieważ mimo wszystko postanowiłem nieco odpuścić, lecz jestem zadowolony. Zawsze mogło być gorzej. Metoda samobójców wyszła mi na dobre, ale ryzyko było spore.

Slavo 65

Może Ci się również spodoba