Maraton w Dreźnie na niezłym plusie ;)

Ja z numerem 2

Mam spore opóźnienia w biegowych zapiskach i muszę to nadrobić, bo o Dreźnie wypada kilka zdań napisać. Zwłaszcza, że było nieźle. Maraton w Niemczech (18.10.2015) miał być  moim jedynym startem na twardej nawierzchni na tym dystansie w 2015r. Postanowiłem, że każdego roku jeden maraton, półmaraton oraz 10km atestowany bieg będę robił w celu sprawdzenia postępów, bądź ich braku. Wiem, że to dla biegacza górskiego nie jest konieczne. Ale chciałem trochę takich biegów zaliczyć, bo bieganie w mieście wśród tysięcy ludzi, to całkiem inna bajka niż rywalizacja w leśnych ostępach, gdzie często na długim dystansie biegnie się samotnie przez wiele kilometrów. To zdecydowanie mój klimat, ale miasto przyciąga jak magnes. Cywilizacja się rozwija i nie ma co jej unikać bo i tak nas w końcu dopadnie.

Do Drezna pojechałem z mocną ekipą: Radek Mękal, Kamil Pernej i koledzy ze Strzegomia – Grzesiek Sulima oraz Zbyszek Twaróg. Taki skład zorganizowaliśmy kilka miesięcy wcześniej. Niestety mój wyjazd wisiał na włosku, bo w pracy zapanował pomór, wielu kolegów wylądowało na zwolnieniach lekarskich i był niedobór kadrowy, który trwa nadal. Na szczęście przełożeni wymyślili rozwiązanie i mogłem jechać na zawody, ale z innych wyjazdów musiałem zrezygnować. Bo w życiu nie ma nic za darmo. Do Niemiec dotarliśmy bez problemu. Gorzej było z szukaniem noclegu. Komórki kolegów nie odbierały sygnałów i nie mogliśmy namierzyć hotelu. Po drodze stanęliśmy na chwilę. Grzesiek kupił mapę miasta i okazało się, że miejsce którego szukamy jest nieopodal.

Kasjopea

Nasza Kasjopea!

Rozlokowaliśmy się w pokoju o dumnej nazwie Kasjopeja (25 gwiazdozbiór nieba północnego, którego 90 gwiazd możemy dostrzec gołym okiem – w sumie bliziutko) A tak na poważnie Kasjopeja była piękną lecz zarozumiałą i samolubną królową Etiopii, żoną króla Cefeusza i matką Andromedy. Pycha królowej przyniosła jej oraz całemu królestwu wiele złego. Ja do Drezna jechałem ze zwieszoną głową (pychy brak), nie dlatego że nie jestem piękny, ale z powodu złego przygotowania. Słabiutko z tym było. Minionego czasu nie da się cofnąć. Kilka miesięcy bez treningu, a pozostałe delikatnie. W ostatnim okresie zrobiłem zaledwie trzy biegi powyżej 20km Nie wliczając w to 60km rajdu w Górach Suchych (tydzień przed zawodami), ale wiedziałem, że na maratonie nie poszaleję. Stąd decyzja o zmierzeniu trasy Waligóra RUN Cross w całości. Ktoś musiał to w końcu zrobić.

Bębniarze

Nasz gwiazdozbiór składał się z pięciu łóżek, dwóch szafek z blachy, stołu i dwóch krzeseł. Ale było całkiem przyzwoicie. Najbardziej w oczy rzucała się czystość hostelu w pozostałej części – sanitariaty itd., bo u pięciu facetów w pokoju, bajzel jest już po samym rozpakowaniu. Ruszyliśmy w miasto. Było dżdżyście. Idąc robiłem zdjęcia jak najęty, bo wiedziałem, że to jedyny spacer w tym mieście i nie będzie następnej okazji. Dotarliśmy do biura zawodów rozlokowanego w Centrum Kongresowym. Nie wiem jak chłopaki to robią, bo nie znając miasta nigdzie nie błądziliśmy. Ja podążałem za nimi, zdając się na ich inteligencję, ponieważ nigdzie nie trafiliśmy na plakaty dotyczące zawodów, zero dodatkowych informacji świadczących o tym, że następnego dnia będzie taka impreza. Żadnych strzałek do biura, wskazówek itd.

W biurze dogadałem się bez problemu, ponieważ mężczyźnie z obsługi, podsunąłem pod nos kartkę z numerem startowym i bez zbędnej dyskusji wydał mi pakiet. Koledzy próbowali się dogadywać i mieli przechlapane zanim dostali swoje pakiety. Ha! Ha! W centrum oprócz biura było sporo stoisk, z odzieżą, obuwiem i różnymi akcesoriami dla biegaczy. Ceny przyzwoite jak dla Niemców. Dlatego mój słowiański portfel tego nie ogarniał i nic nie kupiłem, chociaż widziałem dużo ciekawych fatałaszków. Na koniec był tradycyjny makaron z pastą i serem, po którym musieliśmy z Radkiem doładować się burgerami w knajpie na mieście. Drezdeńskie hamburgery, w porównaniu z tymi które jedliśmy Gnieźnie… Szkoda gadać – zapłacone to zjedzone. Później piwko w hostelu. Radek – bezalkoholowe, ja tylko jedno z procentami, bo głupio mi się zrobiło. Kolega wchodzi na wyszczy stopień biegowego wtajemniczenia. Coraz mniej waży, coraz szybciej biega, alkoholu w piwie unika. Mam nadzieję, że nie zacznie chodzić do solarium, żeby upodobnić się do MO! Na szczęście mentalnie się nie zmienia, przynajmniej na razie nie stwierdziłem pod tym względem negatywnych objawów. Kolega nadal przyzwoicie się zachowuje.

Budynek 1

Każdy z nas miał swoje plany związane ze startem w Dreźnie: Kamil traktuje bieganie jako uzupełnienie sportów walki jakimi się z lubością zajmuje, ale chciał poprawić swój wynik, Radek – pełna profeska: życiówka, albo śmierć! Grzesiek – z powodu kontuzji jaka dopadła go kilka tygodni wcześniej mało biegał i nie nastawiał się na dobry wynik, Zbyszek – to samo, ja również. Po cichu liczyłem na poprawę swojego mizernego 3:47:42 – wyniku z przed kilkunastu miesięcy jaki osiągnąłem na debiutanckim starcie w Łodzi.

Następnego dnia ruszyliśmy do boju! Razem ze Zbyszkiem ustawiliśmy się w strefie 3:45 z opcją przyspieszania – jeśli będzie dobrze. Zbyszek oczywiście zniknął od razu z pola widzenia. Roznosi tego ponad 60-cio letniego chłopaka, bo nie patrzy bezmyślnie w kalendarz, tylko biega. Pierwsze 20km to była łatwizna. Biegłem nieco poniżej swoich możliwości, lecz taki był plan – stopniowo przyspieszać i przybiec do mety z lepszym wynikiem. Tak naprawdę nie wiedziałem na co mnie tego dnia będzie stać. Moje pragnienia, mrzonki lub marzenia nikogo nie interesują – nawet mojego organizmu. Dlatego uważam, że lepiej wyluzować, nić leżeć na poboczu w objęciach służb medycznych. Zwłaszcza, że ciężko by było się z nimi dogadać (przypuszczam, że słabo mówili po naszemu).

Rycerz

Kilka dni przed startem podczas rozmowy z Radkiem, kolega doradzał mi bym wyluzował i z planowanego wiele miesięcy wcześniej 3:3o poszedł na 3:40 i będzie dobrze. Rekord poprawię o 7 minut, lecz się nie zajadę i będę zadowolony ze startu. Tak też postanowiłem zrobić i biec w tempie 5:12, co dawało kilka sekund poniżej planowanego wyniku. Pierwsze 10km bujałem się w takim tempie +/- bo różnice poszczególnych kilometrów dochodziły do 10 sek Pogoda była znakomita. Przed startem Grzesiek wspominał, że mimo kilku stopni powyżej zera trzeba dużo pić, bo wilgotność jest spora i trochę potu się poleje. Tak też było. Dlatego chłodu się nie odczuwało, a w czasie zawodów prawie nie wiało. Piłem na każdym punkcie, chociaż często tego unikam. W czasie zawodów bieganie to nie wszystko. Tutaj na wynik wpływa wiele czynników, a na ulicznych biegach chwytanie kubka z wodą w locie, niemal bez zwalniania pomoże zaoszczędzić mnóstwo czasu. Kto ma wynik wywindowany do granic możliwości, nie może w takich miejscach tracić zbyt wiele cennych sekund!

Budynek 2

Po 10-tym kilometrze zacząłem nieco przyspieszać. Biegłem po ok. 5:09 Na 20-tym i 21km zszedłem poniżej 5min/km I musiałem się opanować. Czując, że nieco przesadzam – zwolniłem. Do 35km biegłem w średnim tempie 5:05 Następne kilometry były kryzysowe. Nie tradycyjna biegowa ściana, tylko wyraźny spadek mocy. Maraton w Dreźnie był moim drugim startem na tak długim dystansie (w mieście), ale bardzo mi się podobają te kalkulacje. Tutaj przede wszystkim walczy się z głową, niż z organizmem. Nawet mocny biegacz może się zajechać, albo nie wykorzystać swojego potencjału jeśli ma słabą głowę. Od połowy maratonu ciągle kogoś wyprzedzałem (drugie 21km przebiegłem o 2 min szybciej) co powoduje złudne mniemanie o swojej sile, może również butę i arogancję? Starałem się nad tym panować i nie schodzić poniżej 5min/km Wiedziałem, że na to jestem za słaby. Myślę, że uratowało mnie to przed klęską i mogłem się zmobilizować przyspieszając na ostatnich trzech kilometrach, z których 42km był dla mnie prawdziwym finiszem – 4:15 miałem na liczniku wpadając na metę! Poprawiłem się o ponad 10 min uzyskując czas 3:36:29 – 385 miejsce open i 46 w M50 Koledzy również zaliczyli udane zawody. Radek zrobił świetną życiówkę (3:11:56 / 145 open) i coraz mocniej zbliża się do granicy 3 godzin, Kamil (3:25:13) – poprawił się o 10 minut! Grzesiek (3:31:05) też był zadowolony ze startu. Zbyszek (3:37:01) On był niedaleko podium, zajmując 5-m-ce w kat. M60, szkoda, że tego dnia nie mógł biec na maksymalnych obrotach. Zbyszek wspominał, że kontuzja dawała mu się we znaki w drugiej części maratonu, a widząc mój „szalony” finisz nie był w stanie przyspieszyć, żeby za mną pociągnąć do mety.

Ekipa w Dreźnie

Zdjęcie naszej bojowej ekipie wykonał Przemek Załęcki który razem z Bratem brał udział w tej imprezie. On w półmaratonie, a Brat zaliczał maraton (obydwaj byli przede mną na mecie).

Według oceny kolegów trasa maratonu nie należała do najłatwiejszych ze względu na kilka większych lub mniejszych podbiegów oraz brukowaną nawierzchnię na wielu odcinkach zawodów. Podczas biegu atmosferę podkręcało kilka grup bębniarzy, bo większego zainteresowania maratonem, ze strony mieszkańców raczej nie było. Zabytkowa część miasta jest interesująca i warto wybrać się do Drezna na kilka dni. Miasto zrobiło na mnie dobre wrażenie i może jeszcze tutaj zawitam. Impreza wbrew pozorom nie była mała – ponad 1000 maratończyków, grubo ponad 2 tysiące uczestników półmaratonu i jeszcze 2 tys. uczestników biegów na 10km i 4,2km Kiedy mój następny maraton? Za rok i może w lepszej formie niż tym razem.

Strona zawodów: http://www.dresden-marathon.com

Slavo 65

Może Ci się również spodoba