Tydzień na Wyspie Wulkanów

02.Lanzarote - wulkan Montana Colorada

Montana Colorada i bomba wulkaniczna

Wyspa Wulkanów – Lanzarote, wpadła przypadkowo do naszego planu urlopowego. Wybieraliśmy się na trekking w Alpy Julijskie, ale organizator nie znalazł wymaganej liczby chętnych i nic z wyjazdu nie wyszło. Razem z Żoną szukaliśmy czegoś, co mieściłoby się w terminie zaplanowanego urlopu, bo nie mogliśmy go zmienić. Wyspy Kanaryjskie – to jedynie co nam pasowało. Żadnego trekkingu na początku sierpnia nie znaleźliśmy, a na leżenie przez kilka dni na piachu nie mieliśmy ochoty. Ten wyjazd dawał nam możliwość wypoczynku nad wodą, połączonym ze zwiedzaniem wyspy, podczas wycieczek jakie były w ramach oferty oraz skorzystanie z dodatkowej oferty. Do tego planowałem dorzucić kilka treningów na które miałem nadzieję znaleźć nieco czasu.

01.Lanzarote - hotel i bas

SUN ROYAL – brodzik dla dzieci i jeden z basenów apartamentowca

Lanzarote mnie nie zawiodła. Była taka jakiej się spodziewałem; góry wulkaniczne z licznymi kraterami, lawa, kamienie, rozległe pustkowia, bardzo uboga roślinność i dokuczliwy upał. Wyspa ma około 75km długości i 25km w najszerszym miejscu. Średnia roczna temperatura wynosi 21 stopni. Opady są niezwykle mizerne. Można powiedzieć, że w ciągu roku na metr kwadratowy Lanzarote spada tyle deszczu, co w Wałbrzychu podczas jednej porządnej ulewy w ciągu dnia. W sumie skromnie. Dlatego lawa jaka wydostała się w XVIII wieku na powierzchnię wyspy, zalewając ponad połowę lądu, nie zmieniła się wskutek erozji zbyt mocno, mimo upływu wielu dziesiątek lat. Zalegając na znacznym obszarze, tworzy ponury, księżycowy klimat. Miejscami wygląda jakby liczne ciężarówki nawiozły niesamowitą ilość gruzu z wielkiej budowy lub olbrzymi pług przeorał ją wyrzucając na powierzchnię, glinę i kamienie.

03.Lanzarote - kaktus

Skąpa roślinność Lanzarote

Roślinność na wyspie jest skąpa, ale można było spotkać ciekawe okazy. W sumie nic szczególnego, ale u nas nad Wisłą raczej nie rośnie dziki tytoń oraz anyż – bardzo podobny do kopru, czy opuncja. Jest jeszcze kilka innych roślinek walczących od lat o przetrwanie. Drzewa w większości palmy, rozłożyste krzaki i piękne kwiaty dominują w osiedlach ludzkich. Sztucznie podtrzymywane przez człowieka – konstruktora skomplikowanej sieci nawadniającej posadzoną roślinność, która samodzielnie by nie przetrwała. Wodę uzyskuje się z oceanu po oczyszczeniu i pozbyciu się soli. Deszczówka stanowi jedynie skromny dodatek. Dawniej stanowiła jedyne źródło słodkiej wody na wyspie.

Lanzarote - jaszczurki

Jaszczurki – jedne z nielicznych stworzeń żyjących na Lanzarote spotkane na zboczu krateru wulkanu Caldera Blanca

Moja pierwsza podróż samolotem przebiegła bez zakłóceń. Spodziewałem się większego „odlotu”. Prędkości która wgniecie mnie w fotel, turbulencji itd. Na szczęście niczego takiego nie było. Start, pięć godzin w powietrzu i lądowanie. Obsługa samolotu linii ENTER była miła aż za bardzo. Żona wyjaśniła mi, że pewnie dobierają tak załogę, aby nie wzbudzała swym wyglądem, ani zachowaniem – skrajnych emocji, a w żadnym wypadku agresji. I tacy byli – przesadnie uprzejmi. Ja ze swoim wizerunkiem mógłbym być najwyżej członkiem załogi transportowca przewożącego polskie ziemniaki na drugi koniec kontynentu, albo jeszcze dalej. Dlatego nigdy nie pchałem się do lotnictwa cywilnego.

Lanarote - jeziorko

El Golfo – szmaragdowe jeziorko wewnątrz krateru

Nocowaliśmy w SUN ROYAL – hotelu mieszczącym się w Playa Blanca, jednej z większych miejscowości wypoczynkowych na wyspie. Hotel tworzyły jednopiętrowe domki do których można było dostać się od strony ulicy przez budynek portierni. W każdym z domków, przylegających do siebie mieściły się dwa apartamenty, tworząc w ten sposób dwie enklawy w środku których leżały baseny kąpielowe, brodziki dla dzieci, a wszystko otoczone było roślinnością. Między tymi enklawami znajdowało się centrum rozrywkowe; nocny bar, restauracja, kawiarnia i sklep. W pomieszczeniach stały stoły bilardowe, „piłkarzyki” itd.

Lanzarote - port

Port Rubicon o zmierzchu

Nasz apartament składał się z aneksu kuchennego, dużej łazienki, sypialni i pokoju z tarasem. Panował upał, ale klimatyzację odkryliśmy dopiero na drugi dzień, bo nieustanny wiatr, przewalający się przez wyspę chłodził atmosferę, a my staraliśmy się nie siedzieć w pomieszczeniu, tylko korzystać z tego co oferowała Wyspa Wulkanów i jej mieszkańcy, którzy dzięki Cesarowi Manrique, słynnemu artyście przerzucili się z ubogiego, siermiężnego rolnictwa, na bardziej opłacalną turystykę. To Manrique wskazał drogę współczesnym mieszkańcom jego ukochanej wyspy, jak wyjść na prostą, nie niszcząc krajobrazu, a dzięki zachowaniu oryginalnego i spójnego systemu zabudowy, stworzyć niezapomniany klimat wyspy. I to się sprawdza. Powstały miejsca chronione obejmujące najciekawsze fragmenty wyspy i zabudowa na którą składają się wyłącznie białe, niewielkie budynki nie większe niż na dwa piętra.

Lanzarote - La Corona

Krater wulkanu La Corona

W ciągu tygodnia zwiedziliśmy kilka wulkanów. Podczas pierwszej wyprawy, dotarliśmy samochodami terenowymi do trzech ze stu wulkanów znajdujących się na wyspie. Weszliśmy na krawędź jednego, żeby ujrzeć ogrom jego krateru, drugi obeszliśmy wkoło podziwiając strukturę skał z jakich był zbudowany, a które z każdej strony miały odmienny kolor. Do krateru trzeciego, mogliśmy zajrzeć przez rozerwaną skalną obręcz, tworzącą bramę prowadzącą do jego wnętrza.

Lanzarote - prezentacja wulkanu

Minęło prawie dwieście lat od ostatniej erupcji wulkanu na Lanzarote, a wnętrze wyspy jest nadal gorące. Na zdjęciu pracownik parku wlewa wodę do otworu w ziemi z którego po chwili wydobywa się para

Podczas drugiej wyprawy objechaliśmy Lanzarotę zaglądając do Parque Nacional de Timanfaya, obszaru chronionego – obejmującego centrum osiemnastowiecznej erupcji wulkanów. Pustkowie, lawa, niemal w nienaruszonym stanie, kratery. Większość można było oglądać jedynie z autokarów, ale i tak warto było tam zajrzeć. Pojechaliśmy dalej na drugi kraniec wyspy zatrzymując się na plantacji aloesów, gdzie miejscowa firma wykorzystywała hodowane rośliny do produkcji kosmetyków. Dzięki ciekawej prezentacji zapoznaliśmy się z właściwościami rośliny i produktom tworzonym przez firmę. Zajrzeliśmy do lokalnego producenta win na degustację miejscowego trunku i do słynnej sali koncertowej zaprojektowanej przez Cezara Manrique we wnętrzu wulkanicznego korytarza, gdzie naturalny wystrój i akustyka robią olbrzymie wrażenie. Na koniec jeszcze coś, co powstało dzięki niemu – ogród kaktusów, gromadzący setki roślin z całego świata na miejscu starego kamieniołomu. Kiedy wracaliśmy do Playa Blanca ponownie usłyszeliśmy o tym artyście będącym dobrym duchem tej wyspy. Tym razem o jego śmierci – przejeżdżając przez rondo, które kiedyś było skrzyżowaniem na którym przez nieuwagę Manrique poniósł śmierć kilka lat temu. Obecnie znajduje się tutaj rondo na środku którego stoi rzeźba wykonana przez artystę za życia. Nigdy o nim nie słyszałem, ale na pewno wielu ludzi żałuje że odszedł, bo dużo zrobił dla tego regionu i pewnie sporo jeszcze by zdziałał.

Lanzarote - kraina ognia

Kraina wulkanów – fragment parku

Podczas kolejnej wycieczki zajrzeliśmy na sąsiednią wyspę Fuerteventurę. To tylko 11km promem – zaledwie pół godzinki, przy starych przebojach puszczanych z głośników, wśród których rzuciła mi się w uszy znana melodia z „Tytanica” Brrr! Objechaliśmy wyspę docierając do pomnika dawnych Królów Guanczów – pierwszego znanego ludu zamieszkującego Wyspy Kanaryjskie. Zajrzeliśmy również do koziej fermy, na pyszny ser i inne wyroby regionalne oraz na słynne plaże znajdujące się na wyspie.

Fuerteventura i sery

Fuerteventura – pyszne kozie sery wytwarzane na wyspie

Ostatnia wyprawa to zwiedzanie przeciwnej strony wyspy z wulkanem La Corona, a także z wspaniałymi klifami Risco de Famara i widokami na wysepkę La Graciosę.

Piątek postanowiliśmy przeznaczyć na wypoczynek. Żona plażowała, a ja wybrałem się na Hocha Grande – najbliższy wulkan w pobliżu Playa Blanca. Apartament w którym mieszkaliśmy był wygodny, a otoczenie ozdobione palmami, kwitnącymi krzewami i kwiatami na tle pustynnego krajobrazu wyspy, robiło przyjemne wrażenie. Posiłki były tylko dwa – śniadanie i obiadokolacja. Szwedzki stół – przekleństwo dla takich jak ja. Połowę talerza napakowałem nieznanymi przysmakami z ciekawości co do ich smaku, a drugą połowę z pazerności. A było co nałożyć. Jajecznica, jaja sadzone i gotowane, różne rodzaje wędliny, pyszny żółty ser, kilka rodzajów ryb, pomidory, ogórki i inne warzywa. Wspaniałe banany, figi, rodzynki. Znakomite ciasta i różne inne słodycze. Sałatki, sosy i napoje oraz kilka lokalnych potraw. Po prostu pełny wypas! Hamowałem się jak mogłem, ale żal było od stołu odchodzić.

Lanzarote - Pilipiuk

Andrzeja Pilipiuka poznałem dopiero na Wyspie Wulkanów > http://valkiria.net/?area=20

Planowałem codziennie biegać podczas pobytu na wyspie i prawie mi się udało. Żeby dopasować bieganie do rozkładu dnia musiałem wstawać o szóstej rano, zrobić dziesięć kilometrów przed śniadaniem, a później śniadanie, wycieczka, powrót, obiadokolacja i wieczorny spacer. W międzyczasie czytałem. Książka była urodzinowym prezentem od Żony, ale wybrałem ją osobiście w sklepie mieszczącym się na lotnisku we Wrocławiu. To było moje literackie odkrycie. Nie trudne, bo od kilku lat czytam tylko książki o odżywianiu, bieganiu i giełdzie. Może jeszcze coś o pracy nad sobą. „Cesarska manierka” Andrzeja Pilipiuka to coś innego. Właściwie to zbiór ciekawych opowiadań w których fikcja miesza się z rzeczywistością. Nie będę rozwodził się nad tym o czym są te utwory, bo zajęłoby to sporo miejsca. Na mnie ogromne wrażenie zrobił sposób wyrażania się autora. Trzy zdania i szczegółowo opisane miejsce zdarzenia. Kolejne trzy zdania i postać bohatera zostaje wydobyta na światło dzienne w sposób doskonały, następne trzy i akcja wciąga nas w swą tajemniczą otchłań. Trzeba będzie lepiej zapoznać się z utworami autora. Lubię ten styl i może coś się przy okazji od niego nauczę.

Wracając do porannego biegania. Mógłbym powiedzieć, że był klimat. Myślałem, że potruchtam po okolicznych wulkanach, ale do najbliższego było prawie dziesięć kilometrów, a pozostałe poza zasięgiem – czasowym oczywiście. Dlatego skupiłem się na bieganiu po miejscowym deptaku. Co było dosyć przyjemne. Woda, ptaki, klify, widok sąsiednich wysepek w oddali, a od strony lądu wulkan Hocha Grande widoczny z wielu miejsc miejscowości i on kusił od pierwszego dnia swoim majestatycznym wyglądem. Wzdłuż wybrzeża nie biegałem sam. W ciągu dnia panował upał, dlatego wielu miłośników biegania przemierzało deptak wczesnym rankiem lub późnym wieczorem.

Lanzarote - Hocha Grande

Hacha Grande – ten wulkan nie dawał mi spokoju

Dzień przed wyjazdem wybrałem się na dłuższą wyprawę, zdobyć to wulkaniczne wzniesienie. Zaledwie 561 metrów wysokości, ale ponad 500 metrów przewyższenia. Bardzo strome zbocza wulkanu mówiły, że nie będzie łatwo. Pierwsze pięć kilometrów biegłem asfaltem pod górę. Droga pięła się w kierunku przełęczy. Bieg stawał się coraz trudniejszy. Upał. Słońce świecące w oczy i coraz mocniejszy wiatr który mocno stopował mój bieg. Przebrnąłem ten odcinek i zaczęła się wspinaczka kamiennym traktem. Kolejne dwa kilometry, tym razem pokonane marszobiegiem.

Lanzarote - widok z Hocha

Widok z Hacha Grande w kierunku niewielkiej Wyspy Wilków i Fuerteventury

Odludzie na którym natknąłem się na samotną kozią farmę. Kawałek w dół i bardzo stromo, wąską, prawie nie widoczną ścieżką na szczyt. Na wyspie nie ma znaków turystycznych. Jedynie kamienne słupki ustawione przez wędrowców oznaczają drogę przez odludzia. Sam ułożyłem dwa w miejscu, gdzie ich brakowało. Z Hacha Grande rozlegała się wspaniała panorama. Za plecami miałem szczyty innych wulkanów i rozległe pustkowia. Przed sobą widoczne wybrzeże nad którym rozłożona była Playa Blanca i inne mniejsze osady. Dalej błękitne wody Oceanu i Fuerteventura – zwana Wyspą Kóz. Podobno na jednego mieszkańca przypada jedna koza, stąd ta nazwa.

Lanzarote - znak

Turystyczne znaki na pustkowiu – jeszcze dwa kilometry i Papagayo

Wyspę na tle oceanu podkreślał żółty piasek słynnych plaż z ruchomymi wydmami. Nacieszyłem się wspaniałym widokiem i udałem w dalszą drogę. Zbiegałem ze szczytu, a właściwie mozolnie schodziłem w dół, bo ścieżka pojawiała się i znikała między kamieniami. Od czasu do czasu, w bardziej stromych miejscach musiałem schodzić pomagając sobie rękoma, kiedy zsuwałem się w dół między większymi kamieniami. Dotarłem do przełęczy w masywie wulkanu i trawersowałem dalsze zbocza. Ścieżka już na dobre zniknęła z pola widzenia. Nie martwiłem się, że zabłądzę, bo kraniec wyspy cały czas był widoczny.

Lanzarote - plaża Papagayo

Jedna z pięknych plaż Papagayo

Kierowałem się w stronę Papagayo, gdzie znajdowały się najpiękniejsze plaże na Lanzarote. Biegłem przez pustkowie zostawiając wulkan za plecami. Kierowcy zdążający nad wybrzeże patrzyli na mnie z ogromnym zdziwieniem. Nie jechali szybko, bo drogę stanowiła ubita lawa wulkaniczna, a nie asfalt i musieli uważać na wertepach. Wiedziałem, że facet przemierzający samotnie pozbawione roślinności pustkowie, podczas niesamowitego upału może budzić zdziwienie. Dlatego ich wzrok wcale mnie nie drażnił. Wkrótce dotarłem do niewielkich, malowniczych plaż i oddzielających je klifów, wzdłuż których biegłem nich. Kiedy dotarłem do miasteczka wody już nie miałem. Zabrałem 2,5 litra, bo nie wiedziałem ile kilometrów mam do pokonania, a na niebie chmur nie było zbyt wiele. Cieszyłem się biegiem i tym co widziałem. Słabe tempo biegu spowodowane trudnym terenem nie zmęczyło mnie zbytnio i żałowałem, że trasa była tak krótka. Zaledwie 23km w trzy godziny, ale warto było zdobyć Hacha Grande i odwiedzić Wyspę Wulkanów.

Slavo 65

Może Ci się również spodoba