Bezlitosny SGS ;)

SGS 2014 - Ekipa 1

Od lewej: Radek Mękal – Wałbrzych, Jacek Ryczyński – Oleśnica, Jarek Łuczkiewicz – Oława, ja i Artur Kulesza z Dębowca

Mój biegowy sparingpartner Rado powiedział, że nie powinienem zbyt mocno rozpisywać się na temat startu w SGS-ie, ponieważ zrobiłem tylko pół trasy, ale coś powinienem naskrobać, bo w końcu startowałem. Wiem, że nie wypada pominąć ważnego dla mnie wydarzenia, nawet gdy nie wszystko ułożyło się po mojej myśli. To byłoby nie uczciwe. Właściwie to nic mi tym razem nie wyszło, lecz kilka zdań muszę napisać, bo byłem tam, sporo widziałem i niczego nie żałuję.

SGS 2014 - Ewa Majer

Ostatni kilometr Ewy Majer – najszybszej kobiety (5:36:25) i Bartosza Gorczycy – 16 open (5:36:29)

Do Pasterki przybyliśmy kilkuosobową ekipą. Zabrał się z nami pan Witold Radke mający na swoim koncie przebiegnięte 91 maratonów! Nie mówiąc o przebytych biegach ultra, bo tych nie wlicza na listę, a znalazłoby się na niej m.in. kilka startów w Sudeckiej Setce. Pan Witek, wiele lat temu zaplanował, że będzie biegł każdy maraton tylko jeden raz i tego się trzyma. Jechał z nami do Pasterki, bo nie znalazł w tym terminie żadnego biegu na tym dystansie. Głośno zastanawiał się, czy doliczyć do listy SGS, bo w końcu to dłuższy bieg, a nie klasyczny maraton. Na pokładzie krążownika szos – kolegi Radka, oprócz wałbrzyskiej ekipy znalazł się również Borman z Głogowa > http://wiatroaeroterapia.pl Znany bloger – ciekawie piszący o bieganiu, które dla wielu ludzi jest istotną częścią życia. Lubię zaglądać do bormanowskiego bloga, bo często wyraża to co i ja czuję, ale potrafi zrobić to o wiele ciekawiej. Maciek przyjechał do Wałbrzycha dzień wcześniej. Nie samochodem, bo to byłoby dla niego za proste, ale rowerem, w którym popsuły się przerzutki i kilkadziesiąt kilometrów musiał dymać na najcięższym przełożeniu. Ale on tak już ma – nie boi się wysiłku i często kombinuje jakby się dodatkowo zmęczyć. Co może być niezrozumiałe dla przeważającej części ludzkości, rozmyślającej jakby męczyć się jak najmniej. Ale to już inna sprawa, niech kombinują, bo rosnąca nadwaga społeczeństwa zmusza ich do tego kombinowania. Wystarczyłoby pozbyć się 20, 30, 40kg nadwagi i byłoby po kłopocie, ale to dla wielu zbyt skomplikowane przedsięwzięcie.

SGS 2014 - Socha Artur

Znakomity występ Artura Sochy z Wałbrzycha (25 open – 5:53:55) który zaledwie dwa tygodnie wcześniej debiutował na dystansie ultra podczas Sudeckiej Setki w Boguszowie Gorcach (13:39:14)

Szliśmy łąkami do Pasterki z parkingu w Karłowie, bo tylko tam mogliśmy zaparkować. Wiał chłodny wiatr. Dziwne wydało mi się to, że pociłem się mimo przyjemnych podmuchów chłodu i chmur na niebie, zza których od czasu do czasu wychylało się słońce. Wiedziałem że to tylko taka gra wstępna i za godzinę lub dwie wychyli zza nich swą gorącą gębę i podgrzeje atmosferę na biegu, która i tak jest zwykle gorąca. To co unosiło się w powietrzu to była zdradziecka aura, zawsze towarzysząca zawodom, przynajmniej tak było na dwóch poprzednich edycjach w których startowałem. „Upał w pakiecie startowym” – przemknęło mi przez głowę. Trochę mnie to niepokoiło, bo nie boję się setek większych lub mniejszych kamieni, czy podstępnych korzeni na trasie SGS-u, które wyglądają jakby specjalnie wylazły spod ziemi, aby złapać nas za nogę. Podhaczyć i obalić na ziemię. Nie lękam się kilometrów pod górę lub w dół, jakie będą do przebycia. Nie przeraża mnie również bardzo długi dystans, chociaż takiego nigdy nie przebiegłem. Moją głowę zaprzątało coś innego. Każdy ma swoją piętę Achillesa – tak zwany słaby punkt w który można go ugodzić. U mnie słabością jest ciężkie znoszenie takiej pogody. Trening w upale nie jest dla mnie problemem, ale to maksymalnie 20km, bez forsownego tempa i stresu spowodowanego rywalizacją. Nie ma więc porównania z zawodami w ciężkim terenie, przy równie wymagającej dla organizmu pogodzie.

SGS 2014 - Kamil

Jak zwykle pełen optymizmu Kamil Pernej z Wałbrzycha – 28 miejsce open (5:58:55)

Na wewnętrznych rozmyślaniach i rozmowach ze znajomymi czas płynął szybko. W biurze zawodów formalności załatwiłem błyskawicznie, bo wielu uczestników imprezy zrobiło to wcześniej i tłoku nie było. Jeszcze tylko spacerek z Radkiem do Karłowa i z powrotem, po pas na numer startowy, który zapomnieliśmy zabrać. W sumie dodatkowe cztery kilometry szybkiego marszu i rozgrzewki nie trzeba było robić. Przed Schroniskiem Pasterka przybywało coraz więcej ludzi. Komentator podawał informacje dotyczące zawodów, a ja z Radkiem rozglądaliśmy się za znajomymi. Był oczywiście Robert Czapiga z Nowej Rudy, dla którego to kolejny start tutaj. Przemek Mikołajczak z Wałbrzycha nie odpuścił żadnej edycji i teraz również się pojawił. Była Malwina Jachowicz z Wrocka. Gdybym nie biegał – nigdy bym nie uwierzył, że drobna dziewczyna jest w stanie przebiec tak bardzo wiele kilometrów. Spotkałem Jarka Łuczkiewicza z Oławy, który po swoim niedawnym starcie w Rzeźniku – Supermaratonu i tak nie chciał odpuścić. Artur Kulesza > http://beskidzka160naraty.pl z Dębowca również się odnalazł. Mówił, że ostatnio mało biega, bo nowa praca go zbyt absorbuje, ale mimo wszystko ponownie chciał zmierzyć się z trasą biegu. Pamiętam, że w ubiegłym roku kiepsko mu poszło i był ponad godzinę za mną na mecie.

SGS 2014 - meta zawodów

Najwspanialsza meta zawodów jaką znam!

Bardzo cieszą mnie takie spotkania. Wielu znajomych nie będę widział przez następnych kilka miesięcy, do kolejnego wspólnego startu, bo często nasze plany się zazębiają. Z tego powodu najczęściej nie myślę o rozgrzewce, tylko wyszukuję w tłumie znajomych twarzy, bo z każdym chciałoby się zamienić chociaż kilka słów i nacieszyć rozmową na jakiś czas. Dobrze, że dzisiaj są telefony i FB, bo dzięki temu można mieć namiastkę bliskości, która musi wystarczyć do następnego spotkania.

SGS 2014 - widok ze Szczel

Bromowskie Ściany widoczne ze Szczelińca Wielkiego.

O 10:00 ruszyliśmy. Moja taktyka była prosta. Wbić się w skały w pierwszej setce uczestników i nie forsować tempa, tak jak robiłem to w poprzednich edycjach. Niestety, już na początku dałem się zaskoczyć, bo zostałem zepchnięty nieco dalej niż planowałem i trzeba było przedzierać się do przodu. Pomału odrabiałem pozycje. Pierwsze kilometry są najmniej przemyślane, bo wielu uczestników, pokonuje je zbyt szybko. Entuzjazm, emocje, przygoda, chęć dobiegnięcia do mety jak najszybciej, to pcha większość z nas do przodu. Dopiero po 2-3 km tempo powoli spadało. Zaczęły się kamienne podbiegi i tam można było już spokojnie wyprzedzać. Za łatwo mi to wszystko szło. Co wcale mnie nie martwiło, bo nie szarżowałem. Z Radkiem przebiegliśmy kilka pierwszych kaemów, ale zgubiłem go na jakimś podbiegu. Wkrótce dojrzałem Grzesia Sulimę. Dogoniłem go, wyprzedziłem i przez kolejne kilometry biegł tuż za mną. Słyszałem, jak mówił komuś o tym, że chciałem przebiec SGS w sześć godzin, co było prawdą, lecz o tym nikomu nie wspominałem. Może Grzesiek czytał w moich myślach? Sześć godzin (może jeszcze kwadransik) było w moim zasięgu. Zawsze kalkuluję i oceniam swoje możliwości w wyścigu. Po poprzednich startach, wybieganych setkach kilometrów od ubiegłorocznego MGS-u oraz ciężkich treningach, mogłem się o taki wynik pokusić. Oczywiście to były założenia teoretyczne, bo licho nie śpi. Trasa Supermaratonu to ciężki kawałek terenu. Bez dwóch zdań – to najtrudniejszy bieg w jakim brałem udział. Wiem, że są cięższe, ale z reguły na wyższych terenach, tak zwane biegi wysokogórskie. Tutaj w Górach Stołowych mamy to już na wysokości pomiędzy 500, a 900 metrów. Co najmniej połowa trasy jest tak bardzo trudna technicznie, jak w wysokich górach.

SGS 2014 - finiszerka

Moment nieuwagi i gleba. Kamienie, korzenie, kamienie, korzenie, góra, dół, góra, dół. Nie wiem ile ich jest, ale takich mini podbiegów i zbiegów jest mnóstwo. Wnętrzności na nich przewracają się w nas niczym na rollercoasterze, albo w pralce. Prawa noga do góry na głaz, bebechy w dół do lewej, druga noga do góry, wnętrzności w prawo, zeskok – wszystko w dół, a przy lądowaniu do góry i tak w kółko, setki razy. Do pierwszego punktu na 8km dotarłem bez problemu. Grzesiek został gdzieś z tyłu. W Zajęczej Rokli wyprzedziłem Jarka z Oławy. Wyglądał na bardzo zmęczonego, co ogromnie mnie zaskoczyło. Powiedział, że przedobrzył z treningami, bo po Rzeźniku prawie nie odpoczywał, tylko zabrał się za mocny trening i trzaskał kilometry. A teraz ta trasa i pogoda, już od samego początku była dla niego wielkim wyzwaniem. Zatrzymałem się na punkcie. Wypiłem kubek wody – zwykle robię tylko kilka łyków i ruszyłem dalej. Ucieszył mnie widok Filipa Szuszkiewicza z Mieroszowa, który przyjechał dopingować nas na trasie. Ucieszył bo wiedziałem, że jest po ciężkiej kontuzji, a skoro wsiadł na rower to znaczy, że powoli wraca do zdrowia. Od niego dowiedziałem się, że jestem gdzieś między 50-tą, a 60-tą pozycją. Do Kowarowej Rokli dotarłem bez problemu. Czułem na plecach oddech Marka Pastucha z Krapkowic. Był mocny, nie odpuszczał. Gdzieś w połowie wąwozu puściłem go przodem, po co miał wlec się za mną. Niech biegnie po sławę! Na jakimś zeskoku postawiłem nogę na krawędzi ścieżki, tuż przy bujnych jagodzinach, zahaczając o jakiś niewidoczny wśród roślin kawałek gałęzi, lub korzenia. Ból był dotkliwy. Jakby ktoś uderzył mnie kijem bejsbolowym w środek uda. Musiałem stanąć na chwilę, aby rozmasować nogę, która napuchła momentalnie. Ruszyłem dalej, ale coś nie dobrego zaczęło dziać się z organizmem. To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Ból brzucha, bez wcześniejszych objawów. Biegłem kilometr lub dwa z pasem biodrowym w ręce, żeby go nie uciskać, ale to nie pomogło. Musiałem udać się w ustronne miejsce. Nastąpiło to czego obawiałem się najbardziej. Moje wnętrzności nie wytrzymały tych biegowych turbulencji. Widziałem z ukrycia jak wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Żal mi było, że organizm nie nadąża za moimi sportowymi aspiracjami. Nie pomogła dietetyczna ostrożność przed biegiem, ani zapobiegawcze tabletki. Po prostu ciężka trasa, upał, solidne tempo i stres, to było za dużo dla mnie. Kumulacja negatywnych czynników.

SGS 2014 - zawodnik

Można się nie stresować, nie spinać tak jak mówi to kolega Robert, ale jeśli ma się ambitne plany, to stres większy lub mniejszy zawsze będzie. Kto mówi że zależy mu na dobrym wyniku, ale wcale się tym nie stresuje – po prostu kłamie, albo jest nadczłowiekiem, półbogiem prawie. W końcu wyłoniłem się z zarośli i ruszyłem dalej. Grzesiek był już przede mną, a przed nim Jarek i jeszcze kilku biegaczy, którzy mnie wyprzedzili. Dogoniłem ich. Biegliśmy wzdłuż krawędzi lasu. Bromowskie Ściany od strony granicy z Polską tworzą długą, kilkunastokilometrową ścianę, a z drugiej strony, łagodnie obniżają się, znikając wśród okolicznych łąk i lasów. Dotarłem do punktu żywieniowego, tego samego co poprzednio, bo otwierał on i zamykał 10km pętlę. Zjadłem kawałeczek banana, łudząc się, że to mi pomoże. Wypiłem dwa kubki wody i ruszyłem za Grześkiem. Przez kilka kilometrów biegłem za Żanetą Bogdał z Wrocławia. Drobniutka dziewczyna wytrwale brnęła do przodu. Cały czas swoim tempem, jedynie na niewielkich zbiegach przyspieszała. Zastanawiałem się skąd w tak drobnym ciele tyle mocy? Od dawna wiem, że kobiety są twarde, tylko czasem udają że tak nie jest, bo lubią dostawać kwiaty. A twardziele kwiatów nie dostają! Zagłębiliśmy się w lesie. Robiło się coraz bardziej stromo. Byliśmy na jednym z najtrudniejszych kamiennych zbiegów na trasie. Nie mogłem przyspieszyć niestety. Zawodniczka oddalała się ode mnie, ktoś wyprzedził mnie na zbiegu, a później na podbiegu, gdy ponownie musiałem zrobić przerwę. Za trzecim razem zacząłem poważnie zastanawiać się, czy dalszy udział w zawodach ma jeszcze jakiś sens? To już nie było ściganie, marsz, ani spacer, tylko mozolne brnięcie przed siebie. Nie zależało mi na przebrnięciu trasy, ja chciałem ją przebiec. Taki był plan i koniec.

SGS 2014 - finiszujący

Postanowiłem dotrzeć do 28km, gdzie był punkt żywieniowy i kontrolny, mieszczący się na polanie przed Schroniskiem Pasterka. Tam zamierzałem odpocząć kilkanaście minut, a później podjąć ostateczną decyzję. Dotarłem do krawędzi lasu. Szedłem. Wyprzedziło mnie kilka osób. Byłem zły, bo wiedziałem, że nie mogę nic zrobić. Ból brzucha i mdłości dawały mi się we znaki. Wściekły byłem na to, że wysiadłem zaledwie na 10-12km biegu. Można powiedzieć prawie na samym początku zawodów, a nie na 30-tym, lub 40-tym, co dla mnie byłoby zrozumiałe i wytłumaczalne. Zwarzywszy na pogodę i trudną trasę Supermaratonu. Po prostu byłem wku…..ny. Dotarłem do Pasterki, przy której spora ilość kibiców zagrzewała maratończyków do walki. Kilkanaście minut przerwy, zastanawiania się i zrezygnowałem. Nie chciałem dalej się męczyć. Bałem się, że zrobię jeszcze kilka, kilkanaście kilometrów, a i tak będę musiał zrezygnować. Dlatego wolałem zrobić to teraz. Po kilkunastu minutach zameldowałem obsłudze biegu o swojej rezygnacji i obserwowałem jak nadbiegają kolejni uczestniczy zawodów. Nadciągnął Przemo, później Radek, Malwina, Agnieszka… i wielu innych znanych mi lub nieznanych uczestników maratonu. Żal mi było, że musiałem skończyć, ale już kombinowałem o ile dni wcześniej rozpocząć treningi, bo życie toczy się dalej.

SGS 2014 - Artur Borucki

Artur Borucki z Wrocławia potrafi walczyć do końca – 403 miejsce open / czas: 8:46:42

Poczłapałem ze zwieszoną głowa na parking do Karłowa. Po drodze poznałem ciekawego człowieka bez ręki, który też biega, ale ze względu na swoją niepełnosprawność Supermaratonu nie brał pod uwagę. Stwierdził, że jedna ręka do zamortyzowania ewentualnego upadku może być za mało i nie chciał ryzykować. Kilkanaście minut wspaniałej rozmowy. Szkoda, że nie wziąłem od niego namiarów, ale może kiedyś jeszcze się spotkamy. Obmyłem się nieco i przebrałem. Założyłem koszulkę z naszym Orłem z którego jestem dumny i ruszyłem na szczyt po drodze robiąc zdjęcia, bo nadciągali już pierwsi uczestnicy zawodów. Długo tam się wdrapywałem, bo chciałem zrobić kilka ciekawych zdjęć, a odległości między zawodnikami były znaczne. W końcu dotarłem do mety zawodów. Widok ze Szczelińca jak zwykle bajeczny. To najwspanialsza meta zawodów jaką znam! Przybywali kolejni maratończycy. Większość z nich mimo uginających się nóg pod nimi biegła ten ostatni kawałek. A jak! Trzeba pokazać klasę! Wspaniale było patrzeć na to wszystko. I piwko. To niespodzianka o której wspominali organizatorzy biegu. Wspaniała niespodzianka, bo piwo Opat z Bromowskiego browaru (Link) jest znakomite i do tych zawodów jak najbardziej pasuje! Czekałem na znajomych i martwiłem się, czy pan Radke nie pomyli trasy. Swoje lata ma i słabo widzi. Ale zabrał na trasę okulary. To był pierwszy maraton, który biegł w okularach. Po zawodach powiedział nam: „Marek Swoboda mówił mi, że na trasie będzie dużo kamieni i korzeni, dlatego biegłem w okularach, żeby je wszystkie wypatrzeć po drodze” Wszyscy znajomi szczęśliwie dotarli do mety i mogliśmy zejść na dół, bo wkrótce w Pasterce miała rozpocząć się uroczysta część kończąca zawody.

SGS 2014 - Witold Radke

Pan Witold Radke – najstarszy uczestnik SGS-u; udowodnił nam, że nie ma mocnych na prawdziwego twardziela.

Jestem jednym z ludzi którzy robiąc coś, nie starają się czegokolwiek udowadniać. Wielu innych skacze na przykład na bungee, przygotowuje się aby wyskoczyć z samolotu w otchłań lub ciężko ćwiczy by wspiąć się na niebezpieczną górę. Nawet Supermaraton dla niektórych jest sposobem na udowodnienie sobie, że są mocnymi i wartościowymi ludźmi? Później wracają do rzeczywistości, która i tak ich przytłacza. To błąd. Trzeba pracować nad całym swoim życiem, to trudniejsze, ale bardziej się opłaca. Nie można podchodzić do tego jak do jednorazowej akcji typu „Sprzątanie Świata” „Dzień bez Papierosa”, „Międzynarodowy Dzień Dziecka”, „Światowy Dzień Pacjenta” itd. To nie ma najmniejszego sensu. Nie lepiej starać się nie śmiecić, nie palić, opiekować swoimi dziećmi przez cały rok i nie olewać ludzi, którzy przychodzą do nas po poradę? Tak ja to odbieram. Dlatego według mnie udowadnianie czegokolwiek również nie ma sensu. Dla mnie ta ciężka trasa była sposobem na zmierzenie się z samym sobą, z własnymi słabościami z których zdaję sobie świadomość, bez chęci wmówienia sobie, że jeśli dam radę, jestem wielki, a jak nie – to jestem do niczego. Przegrałem tym razem i co z tego? W moim życiu nic się nie zmieniło, bo ten bieg był jedynie jego niewielkim etapem, a nie akcją o nazwie: „Dzień w Którym Jestem Wielki” W szufladzie będzie o jeden pamiątkowy medal mniej – mówi się trudno, ale pozostaną piękne wspomnienia z niedokończonej rywalizacji i nadzieja że jutro będzie lepiej…

SGS 2014 - zwycięzcy

Najlepsi z najlepszych –  Supermaraton Gór Stołowych 2014.

To była kolejna wspaniała edycja Maratonu Gór Stołowych. Zawodów dobrze zorganizowanych z klimatem w pięknych górach. Na terenie gościnnych Czechów i na skrawku naszej Ojczyzny. Dzięki Piotrek! Dziękuję wszystkim, którzy brali udział przy organizacji i obsłudze imprezy. Po raz kolejny pokazaliście, że do Pasterki warto przyjechać!

Najlepsi mężczyźni:

1) FARON Robert / Kamienica – 04:50:59

2) JABŁOŃSKI Artur / Warszawa – 04:53:52

3) MIERZEJEWSKI Piotr / Siedlce – 05:01:28

4) SZCZEŚNIEWSKI Miłosz / Wschowa – 05:02:34

5) KUBIK Jarosław Zawiercie / 05:03:42

6) POGORZELSKI Krzysztof / Nowa Słupia – 05:08:54

Najszybsze Kobiety:

1 30 MAJER Ewa / Dobczyce – 05:36:25

2 218 ŁYJAK Olga / Warszawa – 05:47:02

3 27 PIATROUSKAYA Viyaleta / Warszawa – 05:51:59

4 78 BOGDAŁ Żaneta / Wrocław – 06:08:05

5 227 KAROLAK Ania / Słupsk – 06:10:26

6 450 MIELOCH Tamara / Podkowa Leśna – 06:27:06

Strona zawodów: http://www.maratongorstolowych.pl

Może Ci się również spodoba