Łódź Maraton – mój debiut ;)

13 kwietnia to dzień mojego debiutu w maratonie na twardej nawierzchni. Może to brzmi nieco tajemniczo, ale dla mnie był to pierwszy start w ulicznym maratonie. Wcześniej zaliczyłem kilka długich biegów górskich, m.in. Maraton Gór Stołowych, Nocny Górski Maraton, Chojnik Maraton, czy Maraton Beskidy. Wielu biegaczy górskich z większym doświadczeniem, którzy biegali również miejskie maratony, twierdzi, że uliczny maraton jest cięższy do pokonania od biegu terenowego. Monotonia towarzysząca podczas biegu i jego przebieg niemal po płaskiej i cały czas twardej nawierzchni, dla wielu biegaczy jest zabójcza. Właściwie to ciekawość zachęciła mnie do startu w Łodzi. Chciałem na własnej skórze, a raczej nogach, przekonać się o stopniu trudności takiego biegu.

01.Łódź - Atlas

Łódź – Atlas Arena

Łódź mnie nie zachwyciła. Miasto, bardzo przypominało mi rodzinny Wałbrzych. Oczywiście pod względem ludności jest o wiele większe. Kontrast starego zaniedbanego świata z nowym, dopiero powstałym, rzucał się w oczy i wydał mi się znajomy. Kilka tygodni przed przyjazdem na maraton do Łodzi, pewien typ zajrzał do Wałbrzycha, zrobił kilka zdjęć zaniedbanych kamienic i w „sieci” ogłosił światu, że Wałbrzych jest najbardziej zaniedbanym miastem w Polsce. Nie będę zniżał się do tak dennego poziomu. Po prostu powiem, że Łódź wygląda jak miasto dopiero budzące się do życia. Można w nim znaleźć wspaniałe odrestaurowane zabytki, ale i ruiny fabryk, położone nawet w jego centrum i czekające na nowego gospodarza. Łódź to miasto odzyskujące dawno zapomniany blask, wielkiej, prężnie działającej aglomeracji przemysłowej z bogatą, wielowiekową tradycją. Z pokoju w Hostelu Boutique, gdzie nocowałem ze znajomymi, widok nie był zachwycający. Przed oknem widniała jakaś ruina, obok niej wielki, remontowany budynek fabryczny. Pewnie teraz będzie miał inne przeznaczenie. Na wprost naliczyłem osiem wielkich dźwigów, które obsługiwały jakąś budowę. Ale mnie miłośnika odludzi, najbardziej cieszył widok pary srok, które wśród grupy gołębi, krzątały się poszukując czegoś do jedzenia, albo jakiegoś materiału na gniazdo. Z tej odległości nie mogłem dostrzec, za czym one się tak rozglądają. Sroki to piękne ptaki, chociaż cieszące się złodziejską sławą lecz nie wiem czy słusznie. Lubię na nie patrzeć, jeśli tylko nadarzy się okazja. Widać, że przyzwyczaiły się do cywilizacji i znalazły swoje miejsce także w Łodzi.

01. Łódź maraton - boutiqe

Boutique Hostel – ładnie, czysto i wygodnie. Cena również nie wygórowana.

Szkoda, że nie było czasu na zwiedzanie miasta, bo nie mogłem zobaczyć jego najcenniejszych zabytków. Łódź ma się czym pochwalić. Na przykład ulicą Piotrkowską jedną z najdłuższych handlowych ulic Europy o długości ok. 4,2km Na której oprócz niezliczonej ilości sklepów znajduje się 100 pubów i restauracji. Manufaktura to centrum kultury, rozrywki i handlu. Unikalny na skalę europejską projekt rewitalizacji, łączący nowoczesne formy i architekturę z odnowionymi XIX wiecznymi budynkami dawnej fabryki Izraela Poznańskiego. Wspaniały Pałac Izraela K. Poznańskiego będący największą rezydencją fabrykancką w Polsce. Biała Fabryka L. Geyera w której znajduje się obecnie Centralne Muzeum Włókiennictwa i wreszcie Muzeum Farmacji, najmłodsza placówka muzealna w Łodzi. To oczywiście najbardziej znane zabytki tego miasta. Szkoda, że nie dane mi było ich zwiedzić, ale przybyłem tutaj w innym celu.

02. Łódź maraton - kamienica

Łódź – kamienica – ładniejsza strona miasta.

Noc minęła szybko. Boutique Hostel to najtańszy obiekt sieci Boutique w Łodzi > http://www.hotels24.com.pl  Standard turystyczny. Pokoje z umywalką bez łazienki i WC, ale czyściutko i elegancko. Sanitariaty na wysokim poziomie. Mnie się podobało. Skromnie, ale czysto i wygodnie. Telewizorek też był zamontowany na uchwycie pod sufitem. Cena za nocleg oczywiście „miastowa” lecz bez przesady. W dzień przyjazdu udaliśmy się do biura zawodów mieszczącego się w hali sportowo – widowiskowej „Atlas Arena” > www.atlasarena.pl Z zewnątrz wyglądała przeciętnie w środku znacznie lepiej. Obiekt mogący pomieścić ponad 10 tys. osób jest nowoczesnym budynkiem tego typu, bo powstałym zaledwie kilka lat temu. To miejsce tętni życiem. Tutaj w tym roku będzie występowała moja ulubiona kapela Black Sabbath, a dzień później odjazdowy Aerosmith. Miesiąc wcześniej koncert daje charyzmatyczny Peter Gabriel. W poprzednich latach występował tu miedzy innymi: Sting, Piotr Rubik, Mark Knopfler, Toto, Eric Clapton, Wilki czy Chór Aleksandrowa. Nie będę się rozpisywał, bo odbywało się tutaj dużo prestiżowych imprez sportowych i innych. Po prostu wiele ciekawych wydarzeń jest w tym miejscu. Szkoda, że mieszkam tak daleko. Może i lepiej, bo pewnie finansowo zrujnowałbym się chcąc ogarnąć to wszystko.

03. Łódź maraton - fabryka

Łódź – stara fabryka – brzydsza strona miasta.

Pakiet startowy odebrany w biurze, gdzie tłoku nie było. Wystawa raczej skromna, bo pewnie Orlen Maraton „podkupił” część wystawców i „sprzątnął” Łodzianom z przed nosa wielu maratończyków, którzy zdecydowali się startować w Warszawie zamiast tutaj. Niestety ciemniejsza strona polskiej, tym razem tej gorszej, bo wrednej natury, przejawiła się w działaniach organizatorów „Orlen Maratonu” Zamiast stworzyć wspaniały bieg w Płocku w innym terminie, w mieście będącym siedzibą Koncernu i jednocześnie stać się wielką atrakcją oraz chlubą miasta. Zadowolili się rolą parszywej konkurencji łódzkiego maratonu i drugiego warszawskiego biegu na tym dystansie. Tak to już jest w naszym kraju. Ich obłudne działania dotknęły również zwycięzców kategorii wiekowych, którzy u nich zwyciężali. Dla nich nie było podium i gdzieś na uboczu w jakiejś szopie, czy namiocie wręczano nagrody. O tym skandalu możecie poczytać na portalu biegologia.pl > http://biegologia.pl/orlen-warsaw-marathon-2014-podium-nie-dla-amatorow  Odebrałem pakiet startowy, a w nim biała koszulka z logo imprezy, kamizelka odblaskowa PZU, baton „BA” Bakallandu (pyszny), żel energetyczny ALE, próbka Imunoglukan P4H i jeszcze jakieś drobiazgi – wszystko się przyda. Na pasta party w restauracji mieszczącej się w Atlas Arena nie załapaliśmy się. Podobno maszyna do grzania makaronu nawaliła, a nam nie chciało się czekać na kolejną dostawę posiłku. Pojechaliśmy do Boutiqua. To zaledwie dwa kilometry od hali. Pół godzinki, może trochę więcej i byliśmy na miejscu. Błądziliśmy trochę, po rozkopanym centrum, żeby się wstrzelić. Poza tym ulica Stefanowskiego, to nie to samo, co ulica Szczepanowskiego. Niestety nawigacja o tym nie wiedziała. Dotarliśmy. Bagaże do pokoi i na pizzę. Pyszna była. Później krótki spacer po mieście i nocleg. Ja spałem dobrze, co ogromnie mnie zaskoczyło, bo zwykle w nowych miejscach mam z tym problem. Dobrze, że budzik nastawiłem. Wczoraj jechaliśmy do Hostelu ponad pół godziny, dzisiaj postanowiliśmy iść przez park piechotą, to nieco ponad dziesięć minut. Start maratonu był kilkaset metrów obok Areny, na jakiejś bocznej asfaltowej alei. Bieg na 10km rozpoczynał się z tego samego miejsca. My maratończycy biegliśmy w prawo, uczestnicy krótszego biegu prosto.

Łódź maraton - tablica

Fragment pamiątkowej tablicy z nazwiskami uczestników maratonu.

Stanąłem w ostatniej strefie. Według koloru mojego numeru startowego. To był mój debiut. Celowałem w 3:45:00 więc nie ma co pchać się do przodu. Pamiętałem co Radek mówił o swoim starcie w Dębnie. Euforia tłumu go poniosła i przez kilkanaście km biegł za szybko. O mało to źle dla niego się nie skończyło. Nie chciałem popełnić tego samego błędu. Lepiej uczyć się na cudzych błędach niż na własnych. Już na pierwszym kilometrze czułem, że będzie to niezwykle trudne. Przebiegłem kilkaset metrów, wyprzedzając innych biegaczy, bo obawiałem się, że w tym tłoku tempo będzie zbyt wolne. Było jednak szybciej. Ja planowałem średnio po 5:20min/km Na liczniku widniało 5:02 Zwalniałem na siłę, chociaż chciało się biec szybciej. W pewnym momencie mijał mnie pacemaker prowadzący grupę na 3:45 Mój czas pomyślałem – taki właśnie planowałem, ale on również biegł za szybko. Jakieś 5:10 min/km Kilkaset metrów biegłem za nim, ale nie chciałem trzymać takiego tempa i robiłem swoje. Jego tempo mogło oznaczać że wykończy ludzi, a później zwolni, aby do mety przybiec w limicie. Pomyślałem, że sam wolę się wykańczać. Nie potrzebuję do tego pomocy. Teraz po zawodach doszedłem do wniosku, że pacemaker biegł szybciej na płaskim terenie, bo na trasie było trochę podbiegów na których będzie zwalniał. Pewnie taka była jego taktyka. Spodobał mi się ten miejski bieg. Myślałem, że w tak dużym tłumie będzie gorzej. Zwykle biegam w imprezach, na których startuje, sto, dwieście, może trochę więcej osób. Pomijając półmaraton w Sobótce, który lubię, pomimo to, że startuje tam około 3 tysięcy osób. Biegliśmy przez centrum Łodzi. Pojawiły się duże i stare kamienice. Jakieś pomniki. Inne okazałe budynki. Wbiegliśmy na ulicę Piotrkowską. Było ciekawie. Co chwilę coś się działo. Stara odrestaurowana zabudowa miasta, przeplatana zdewastowanymi budynkami. Kilometry mijały niepostrzeżenie. Od czasu do czasu zagadałem do biegnącego od kilku kilometrów tuż przy mnie Piotrka z Łodzi. On chętnie odpowiadał, ale dużo nie mówił. Obydwoje dobrze wiedzieliśmy, że takie pogaduchy dobre są w kawiarni, a nie podczas tak długiego biegu. Chcieliśmy pogadać, ale robiliśmy to oszczędnie, bo jeszcze wiele kilometrów było przed nami.

[youtube dxytyRy-O1k nolink]

Linkin Park – BURN IT DOWN – to nagranie postawiło mnie na nogi.

Zerkałem na Garmina, który dzisiaj był jakiś ospały. Tempo kolejnego kilometra podawał z opóźnieniem i ciężko się z nim biegło. Zbuntował się, czy co? Może dlatego, że nigdy nie był w mieście i zdziczał od biegania po wertepach, bardziej niż ja. Domierzał średnio po 10 metrów na kilometr i wkrótce tablice wskazujące kolejne kilometry przestały pokrywać się z tym co moje urządzenie wskazywało. Tutaj nie było jego winy, widocznie nie biegliśmy po „atestowanej linii” Stąd ta różnica. Przeliczyłem po swojemu i wyszło mi, że powinienem według wskazań Garmina biec po 5:18 na km i będzie dobrze, a właściwie po 5:16, bo już miałem stratę do planu. Niby tylko minuta, ale ciężko będzie odrobić. Czułem powoli postępujące przesilenie. Brak długich wybiegań dał znać o sobie. Zaledwie osiem biegów powyżej 20km od początku roku. W tym tylko cztery w tempie docelowym. Stanowczo za mało. Biegłem. Zaskoczony byłem dużą ilością, łagodnych, ale długich podbiegów. Podobno, miało być płasko. Co jakiś czas główna arteria i korki na drodze. Spaliny – po prostu miasto. Na szczęście nikt nie krzyczał ze złości, czasem ktoś zatrąbił. Kierowcy czekali cierpliwie, aż przebiegniemy. Było nieźle. Wbiegliśmy do Lasu Łagiewnickiego – to rezerwat przyrody. Dużo zieleni, ale ponownie pod górkę. Tutaj zacząłem się łamać. Czułem, że  jestem słaby. Dobiegnę do mety, w to nigdy nie wątpiłem, nawet gdy totalnie wysiadałem. Nie wiem skąd od początku mojego biegania wzięło się przekonanie, że dobiegnę tam gdzie chcę. Mam nadzieję, że tak będzie zawsze. O ewentualnych kontuzjach nie myślę, bo to siła wyższa i nie wolno o tym myśleć, to nie ma sensu. Jak nas dopadnie, to będzie. Pech powali na kolana najlepszego mistrza i na to nie ma rady. Biegłem. Z oddechem nie miałem problemu. Cieszyłem się, że chociaż to wytrenowałem i tempo biegu mnie nie przytłaczało. Pierwszych zawodników wyprzedzałem po 20 km Ja słabłem, ale oni jeszcze bardziej. Orkiestra Dęta ZHP, później bębny brazylijskie zagrzewały nas do walki z dystansem i kilka razy afrykańskie. To było wspaniałe, że przyszli ludzie przygrywać nam do „tańca” z czasem. Dużo dzieci z 20 łódzkich szkół!!! Ich doping był niesamowity. Na ulicach korki i dzielni Policjanci, którzy jakoś dawali radę. Przepuszczając pojedyncze pojazdy w dłuższych odstępach oddzielających powstałe grupy biegaczy, żeby nieco rozładować atmosferę na bieżąco. Czasem można było spotkać mieszkańców, którzy również nas wspierali. Pogoda była niezła. Kilkanaście stopni powyżej zera, lekki wiatr, a czasem słońce wychyliło się zza chmur.

Łódż Maraton - mój finisz

Przede mną ostatni zawodnik którego wyprzedziłem tuż przed metą. Fot. datasport.pl

Powoli traciłem cenne sekundy. Biegłem nieco wolniej niż zakładałem. Druga część dystansu była słabsza. Brakowało kondycji. Nie miałem jakiegoś kryzysu, po prostu stopniowo opadałem z sił. Pulsu nie mierzyłem, bo się na tym nie znam. Niektórzy robią to namiętnie. Długa „agrafka” od około 30km wydała mi się najbardziej parszywym miejscem na ziemi. Biegłem przed siebie, wśród innych. Długą szeroką aleją, przedzieloną na połowę, pachołkami. Po przeciwnej stronie biegacze, wracający z miejsca gdzie i ja kiedyś dotrę, aby zawrócić. Czas ciągnął się w nieskończoność, a ten nawrót coraz bardziej wydawał mi się czymś nie osiągalnym. Biegłem nadal, bo co miałem zrobić. W końcu kiedyś i ja tam dotrę. Z jednej strony budynki, z drugiej tory kolejowe, po środku asfalt i my przemieszczający się wytrwale w czasoprzestrzeni oraz wiatr. Zawróciłem, w końcu i na mnie przyszła kolej. Teraz ja spoglądałem na ludzi, biegnących w stronę nawrotu. Kalkulowałem. Biegnąc coraz wolniej, mijałem wielu zawodników. Niektórzy szli, ostatkiem sił podbiegali, by ponownie przechodzić do marszu. Nie poddawali się. Jeden zawodnik trzymając się lampy wymiotował. Jestem przekonany, że się nie poddał, chyba że padł na asfalt. Na pewno nie zrezygnował! Robert Tramp mówił tak: „nigdy się nie poddawaj, choćby nie wiem co, nigdy się nie poddawaj, ci co się poddają to największe ofermy świata” Ma rację. Lubię ten jego budujący kawałek jaki znalazłem kiedyś w „sieci”. Często pomaga mi w takich chwilach. Nikt się nie poddawał, bo przyjechali tu ludzie z własnej woli i przemierzają ten kawałek świata dla siebie, nikt ich do tego nie zmusza. Robią to, bo chcą. Ja również. I tak jest dobrze. Końcówkę mam słabą: 5:25, 32, 37, 30. Stopy pieką niemiłosiernie. Ale przyszło natchnienie. Dwa kilometry przed metą z głośników na podwyższeniu rozlega się wspaniała melodia „Burn it Down” – Linkin Park i jak tu się poddawać! Ruszyłem jak wściekły. Jeszcze dwa kilometry walki. Ostatni pokonałem w czasie 5:04 – dwie sekundy szybciej od pierwszego! Nie byłem w stanie odrobić ponad dwóch minut straty, ale finisz był niezły. Kilkaset metrów i wbiegam do Atlas Areny, a tam wspaniała oprawa: dym, błyski ruchomych reflektorów, muzyka i pamiątkowy medal na szyi. Warto było tutaj dotrzeć. Wszyscy byliśmy championami!

07. Łódż Maraton - ja

Było nieźle. Planu nie zrobiłem, ale miałem jeszcze trochę sił na przebiegnięcie kilku kilometrów, co mnie nieco podbudowało psychicznie przed planowanymi biegami ultra.

Dystans maratonu pokonałem w czasie 3:47:42 ze średnim tempem 5:23 min/km W kat. Open byłem 715 na 1638 osób kończących bieg. W kategorii M40 – 214 / 427 W sumie było nieźle. Szkoda mi tylko tych niecałych trzech minut, bo planowany czas był w moim zasięgu. Może brakło doświadczenia, bo sił wystarczyło. Tuż po biegu gotów byłem zrezygnować z wszystkich długich biegów jakie mam jeszcze zaplanowane w tym roku. To było takie „pobiegowe” zniechęcenie. Ale już mi przeszło, kasa poszła na „Brnensky Masakr” – ultra maraton w Czechach na dystansie 63km. Podaję link > http://www.brnenskymasakr.cz  może będzie jeszcze ktoś chętny? Jeśli nie, to razem z Grześkiem będę walczył przeciwko, co najmniej dwóm setkom czeskich wojowników. Ale się nie damy!

Link do strony: Łódź Maraton Dbam o Zdrowie >>> http://www.lodzmaraton.pl

Ze strony maratonu:

„Yared Shegumo (Polska)wygrał Łódź Maraton Dbam o Zdrowie z czasem 2:10:41. Drugi na mecie z niewielką stratą zameldował się Hassan Mokaya (Kenia), trzecie miejsce dla Gelgelo Tona Outoya (Etiopia). W rywalizacji Pań drugi raz z rzędu zwyciężyła Karolina Jarzyńska (Polska) z czasem 2:28:12. Drugie miejsce zajęła reprezentantka Kenii – Gladys Kibsoi, a trzecie  Swietlana Stanko (Ukraina). W Łódź Maratonie Dbam o Zdrowie i ALE 10k run wystartowało łącznie ponad 4200 biegaczy. Niestety nie udała się próba pobicia rekordu Polski w wykonaniu Karoliny Jarzyńskiej. Wynik osiągnięty w Łodzi jest jednak jednym z najlepszych w historii maratonów w Polsce.”

Slavo 65

Może Ci się również spodoba