Maraton pełen niespodzianek ;)

Maraton Zielone Sudety - Spicak

Widok z Ruprechtickiego Spicaka – drugie solidne podejście na trasie maratonu

W sobotę do Mieroszowa na „Maraton Zielone Sudety” wybrałem się z Anią, Kamilem i Markiem. Długo zastanawiałem się nad udziałem w imprezie. Opłatę startową już dawno  uregulowałem, ale ostatnie biegowe tygodnie były nie ciekawe. Mało wybieganych kilometrów, brak długich wybiegań i kontuzja łydki, przez którą musiałem odpuścić treningi na cały tydzień. Start w Mieroszowie to nie był bieg na pięć, czy dziesięć kilometrów, ale wymagający maraton górski o długości około 45km. Trasa trudna z licznymi podbiegami i zbiegami – po prostu mocny „anglosas”. 

Maraton Zielone Sudety - kamil i ja

Kamil Pernej (trzeci w kat. M20) i ja czwarty w swojej M40

Ostatnim testem, po którym miałem podjąć ostateczną decyzję był 22km kros w ulubionych „Przełomach pod Książem” Trening wypadł przyzwoicie. Trasę pokonałem bez problemu, ze sporymi rezerwami w niezłym czasie.  Postanowiłem startować. Nie obiecywałem sobie wiele, bo wiedziałem, że po 30km może braknąć mi mocy, lecz czułem, że dam radę. Zakładałem pokonanie trasy w ciągu 5:30 – 6:00 godzin co byłoby niezłym wynikiem, zważywszy trudność biegu i słabe przygotowanie do niego. Było chłodno, nieco powyżej zera, ale zanosiło się na piękny, słoneczny dzień i znaczny wzrost temperatury. Dumałem jak się ubrać, ale koledzy postanowili biec w koszulkach z krótkim rękawem i również tak się ubrałem. Przed biegiem spotkałem znajomych biegaczy Krzyśka Wajerowskiego z Oleśnicy i Jarka Łuczkiewicza z Oławy. A także Jacka Mikutela z Lubinia i Filipa Szuszkiewicza z Mieroszowa, który był według mnie jednym z faworytów biegu. Wkrótce dojechali chłopaki ze Strzegomia – Grzesiek Sulima i Mariusz Głąbała. Strategii na ten bieg nie miałem żadnej. Po prostu chciałem dobiec do mety, bez problemów i kontuzji w czasie około 6 godzin. Ruszyliśmy o 9:00 – około 100 uczestników. Biegliśmy z miejscowego boiska, kilkaset metrów asfaltem i przez łąki do lasu. Było pięknie. W oddali majaczył grzbiet Bromowskich Skał i inne wzniesienia. Ale my zanurzyliśmy się w lesie. Długi odcinek leśnym duktem, trochę błota, korzeni i kamieni, ale nie było tak źle. Zauważyłem, że peleton biegaczy był mocno rozciągnięty już przed samym wbiegnięciem do lasu. Widocznie wielu z nas z respektem podeszło do tego biegu. Bo przed nami było kilka naprawdę mocnych podejść, a dystans był spory. Pierwszy mocny podbieg na Średniaka. Może ktoś z czołówki wyścigu podbiegał, ale przede mną, ani za mną nikt tego nie robił. Było zbyt stromo. Niby nieco ponad 200 metrów przewyższenia, ale do pionu nie wiele brakowało. Wdrapywaliśmy się mozolnie do góry. Ja musiałem od czasu do czasu podbiegać, bo nie potrafię tak szybko jak inni podchodzić do góry. Ze szczytu Średniaka ruszyliśmy biegiem. Wyprzedziłem dwóch zawodników. Wkrótce Kamil był przede mną. Ale na mocnym zbiegu nie biegł za szybko co bardzo mnie zaskoczyło. Kamil nawet na trudnych i niebezpiecznych zbiegach potrafi przycisnąć. A ten prowadzący, kamienno – gruntowym traktem to była łatwizna. Wyprzedziłem Kamila i zapytałem co jest nie tak. Miał problemy z oddechem i musiał zwolnić. Było pogodnie, ale duszno. Sapałem jak lokomotywa. Pewnie było słychać mnie ze sporej odległości, dlatego nie zdziwiły mnie problemy kolegi.

Maraton Zielone Sudety i Józef Żuk

200 maraton Józefa Żuka z Wałbrzycha!

Pędziłem w dół. Było ślisko, kamieniście i niebezpiecznie. Liczyłem się z możliwością upadku, ale żałowałem, że nie potrafię biec jeszcze szybciej. Przez kilka minut rozmawiałem z zawodnikiem biegnącym obok mnie o sprzęcie Salomona. Mój rozmówca przyspieszył i wkrótce odskoczył ode mnie. Piękny trawers i ciągły bieg. Zbiegaliśmy z traktu i wąską ścieżką, mozolnie zaczęliśmy wspinać się do punktu kontrolnego pod Ruprechtickim Spicakiem. Łyknąłem z bidonu moją glukozową miksturę i popiłem wodą dostępną na punkcie. Nie wiem kiedy znalazłem się na szczycie. Piękny widok roztaczał się dookoła, aż żal było zbiegać ze szczytu. Jeden z zawodników leżał na trawie przy ścieżce. Ale nic mu nie było. Regeneracja. Po około 2 kaemach dogonił mnie, minął i już go więcej na trasie nie widziałem. Pewnie zaczerpnął ogrom mocy z gleby tych pięknych gór i mknął przed siebie. Minęliśmy kilka szczytów (Siroky, Płoniec, Słodna, Bukowa i coś tam jeszcze) przebiegając jedne przez wierzchołki, inne trawersując zboczami od czeskiej strony. Dotarłem do punktu kontrolnego na przejściu turystycznym Głuszyca – Janovicky. Zrobiłem chwilę przerwy. Zapytałem pana z obsługi na której jestem pozycji. Byłem 16-ty. Kilka biszkoptów, woda do gardła oraz bidonu i w trasę. Nikogo za sobą nie widziałem. Ruszyłem ostro, dwa kilometry trawersem poniżej 5min/km Było nieźle. Wkrótce mijałem biegaczy nadciągających z przeciwka, oni mieli jeszcze kilka kilometrów do punktu w którym byłem. To był newralgiczny punkt na trasie, ktoś nazwał to agrafką, bo przeciwne kierunki maratonu biegły obok siebie przez kilkaset metrów i można było się pomylić widząc zawodnika biegnącego w przeciwnym kierunku. W zaroślach zauważyłem człowieka w pomarańczowej kamizelce – pewnie ktoś z obsługi pomyślałem. Wkrótce oddaliłem się od granicznego grzbietu i zbiegałem w dół na polską stronę gór. Dotarłem do wioski.

Maraton Zielone Sudety - Jarek i Krzysiek

Jarek Łuczkiewicz i Krzysiek Wajerowski. Jarek zgarnął puchary, a Krzysiek pierogi

Kilkaset metrów asfaltu i błotnistą drogą przez łąkę. Las i stromo w dół. Tam z naprzeciwka nadbiegali Agnieszka, Jacek, Mariusz i Grzesiek. Pomylili trasę. Pytali o drogę, ale ciężko było mi wytłumaczyć, gdzie mają się udać. Bo nie wiedziałem w którym miejscu się zgubili. Postanowili wrócić tą samą drogą na trasę biegu. Według moich kalkulacji było to kilkanaście kilometrów więcej. Twardziele! Dotarłem do jakichś zabudowań i ponownie do lasu. Na jednej z leśnych dróg ktoś położył kostkę brukową, która  prowadziła do nikąd. Pojawiła się nagle i równie nagle się kończyła. Ten bruk mnie dobijał. Od wielu kilometrów nie widziałem nikogo przed sobą. Za mną również nikt nie biegł. Nie powinienem zwalniać, bo wiedziałem, że za mną jest kilku biegaczy, którzy dopiero się rozkręcają. Obrzydliwy bruk się skończył. Zobaczyłem przed sobą dwóch rywali. Przyspieszyłem, ale oni również to zrobili. Piękna łąka i znowu do lasu. Cięgle pod górę, setki metrów. Dotarłem do Skalnej Bramy. Taśma. Pomyślałem, że może robią coś na zamku którego szczątki położone były na wzniesieniu. Ale ja musiałem mocno skręcić i wąską ścieżką biec do góry. Za zakrętem pojawiła się strzałka kierunkowa. Wiedziałem, że to nie było najlepsze miejsce do oznaczenia trasy. I miałem rację, bo w Mieroszowie dowiedziałem się, że kilku biegaczy nie widząc jej zbiegło w kierunku kamieniołomów i musieli zawracać tracąc czas i pozycję. Jednym z nich był Marek Swoboda, który walczył o miejsce na podium w tym wyścigu. Wspinałem się na Jeleniec. Czułem, że kryzys nadchodzi niczym armagedon, ale nie miałem zamiaru do tego dopuścić!

Maraton Zielone Sudety - ultrasi

Ultrasi – od lewej: Mariusz Głąbała, Agnieszka Malik i Grzesiek Sulima. Brakuje Jacka Mikutela który razem z nimi zrobił 60km

W głowie brzmiało mi nieustannie „Silver and Gold” – U2 Wspaniała melodia podtrzymywała mnie na duchu przez cały dystans:

„Ten, który chce wygrać wie
Że trzeba bić tam gdzie boli –
Aby zdobyć srebro i złoto
Srebro i złoto
Możesz zatrzymać ten kręcący się świat
Tylko zapłać, tylko zapłać”

Moimi pieniędzmi były litry potu wylane na treningach i przebiegnięte kilometry. Zastanawiałem się tylko, czy ich wystarczy. Dlaczego U2? Bo od kilku dni słuchałem składanki tego zespołu podarowanej mi wiele lat temu przez żonę. Czasem przemknęło również „Spanish eyes” lub „Sweetest thing” ale „Silver…” nadal mnie nie opuszczał. Jeśli melodia ginęła w moich czarnych myślach, wiedziałem że zwalniam i zaczynam użalać się nad sobą. Na szczycie Jeleńca przymusowa przerwa. Straciłem 3-4 minuty na ściągnięcie obuwia, wytrzepanie z butów, kamieni i igliwia. Ale to było konieczne, bo taki niepozorny kamyk, po kilku kilometrach może okazać się prawdziwym głazem, który zniszczy nasze stopy. Kolejne 2-3 minuty straciłem po kilkuset metrach, ponownie poprawiając wiązania butów. Wiedziałem, że trochę za długo to trwało. Jarek dopadł mnie na około 31 km Do Schroniska „Andrzejówka” biegliśmy razem. Wcześniej mijaliśmy biegaczkę, która również pomyliła trasę, a przy schronisku spotkałem Marcina Dudzińskiego. On również się zgubił, ale postanowił biec do mety trasą wyścigu. Szkoda, że go nie zaliczył. Bo w nogach miał tylko 5km mniej ode mnie. Zaczęła się wspinaczka na Waligórę. Jarek błyskawicznie się oddalał zręcznie posługując się kijkami. Na szczycie spotkałem biegacza z którym rozmawiałem dwie godziny wcześniej podczas wyścigu. Rozbierał się. Był ubrany w wiatrówkę, koszulkę i może coś jeszcze – co już na początku wyścigu wydawało mi się błędem. Biegł mocno, ale był za grubo ubrany. Pewnie brakło mu doświadczenia i teraz musiał odpokutować przegrzanie organizmu. Ze szczytu zbiegałem sam. Jarek i Marcin byli już daleko. Ale po kilku kilometrach dopadłem Marcina z którym dogoniliśmy Jarka. Było już niedaleko. Nie myślałem o walce z kolegą, brakowało sił. Chciałem dotrzeć do mety i tak biegłem szybciej niż się spodziewałem, czym byłem zaskoczony. Dobiegliśmy do Sokołowska. Ktoś mnie nawoływał. Tak myślałem – Kamil złapał oddech i pruł do przodu. Przyspieszyłem, ale czułem, że to na nic się nie zda. Przed nami był długi zbieg, a tam nie miałem szans utrzymać nad nim przewagę. Kamil to mocny zawodnik. Obydwaj robimy postępy, ale on ma nade mną przewagę – jest co najmniej 25 lat młodszy i ma potencjał. Dotarliśmy do łąki i razem z Marcinem ostatni kilometr biegliśmy do mety. Kamil dał mi fory i nie wyprzedził mnie pozwalając pierwszemu wbiec na metę. Dzięki stary! Przyspieszyłem, żeby nie było. Dystans maratonu 45,4km pokonałem w czasie 5:12:35 Które miejsce zająłem ostatecznie pewnie kiedyś się dowiem. Ale było nieźle. W najgorszym razie będę 19-ty, a w najlepszym 16-ty.

Maraton Zielone Sudety - Ania z pucharem

Ania Pernej z Wałbrzycha – drugie miejsce w klasyfikacji kobiet

Jest wiele spraw na które zwracam uwagę, z racji tego, że prowadzę biegigorskie.eu Dlatego piszę, o tym o czym inni nie chcą mówić. Trasa biegu w wielu miejscach była niestety słabo oznaczona. Jeśli zgubiłyby się 2-3 osoby na sto, można by było powiedzieć, że nie uważały. Ale jak gubi się kilkanaście osób, to już jest wina organizatora. Dodatkowo trasę można było skrócić docierając do wszystkich punktów kontrolnych. Na przykład na Waligórze nie było punktu kontrolnego. Może nikomu nie chciało się wchodzić na szczyt? Górę można było ominąć, biegnąc szutrową drogą prowadzącą jej zboczem w ten sposób zaoszczędzając mnóstwo czasu i siły. W miejscu styku biegu, tzw. agrafce, gdzie kierunki wyścigu się mijały. Człowiek odpowiedzialny za zabezpieczenie zbierał grzyby. To był pewnie ten facet którego widziałem w zaroślach. Tam kilka osób pomyliło trasę. Za Skalną Bramą, strzałka kierunkowa znajdowała się za ostrym zakrętem. I w tym miejscu zawodnicy pomylili trasę. Podczas dekoracji było zamieszanie i kilka pomyłek. Pominięto na przykład zwycięzcę kategorii M20? Szkoda gadać. Takich rzeczy być nie powinno. Doceniam to co robi Marek Henczka dla wałbrzyskiego sportu, ale trochę powinien podciągnąć organizacyjnie niektóre imprezy. Maraton Zielone Sudety zasługuje na to, by na zawody do Mieroszowa przyjeżdżało co najmniej kilkuset zawodników! Przy takich niedociągnięciach i ogromnej konkurencji może zostać jedynie podwórkową imprezą. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Bo przepiękne Góry Suche i ciekawa, wymagająca trasa zasługują na wspaniałe zawody! W sumie nie było tak źle. Moi znajomi robią karierę: Ania, Filip, Kamil, Marek  i Jarek stanęli na pudle. Agnieszka, Grzesiek, Mariusz i Jacek zrobili 60 kilometrów i zmieścili się w limicie. Gratulacje za wolę walki! Krzysiek dotarł do mety szczęśliwie w dobrym czasie. Z mojego wyniku również jestem zadowolony. Niestety Marcin nie zaliczył biegu. Na oficjalne wyniki trzeba będzie poczekać. Nie oficjalne i niekompletne można było ujrzeć na miejscu. Myślę, że za tydzień lub dwa będą dostępne. Pamiątkowy medal jest wspaniały i warto było o niego powalczyć. Mimo wszystko czekam na kolejną edycję biegu. Może coś się poprawi.

medal

Slavo 65   

Ps. Byłbym zapomniał wspomnieć. Na punkcie kontrolnym znajdującym się na około 18-19km biegu zameldowałem się na 16 pozycji. Dowiedziałem się tego od pana z obsługi zajmującego się odnotowywaniem zawodników przybyłych na punkt. On dokładnie sprawdził moją pozycję na liście. Przez dalszą część biegu wyprzedził mnie jedynie Jarek na około 30 kilometrze i byłem 17-ty. Na Waligórze mijałem jednego zawodnika i ponownie byłem 16-ty. A na metę dobiegłem na 19 pozycji nie wyprzedzany przez nikogo. Do widzenia  😉

Może Ci się również spodoba