Bieg na Wielką Sowę :)

01.przed startem-Sowińska Agata Kat.

Kilka minut przed startem – zdjęcie z sympatyczną Agatą Sowińską z Katowic

Moje trzecie podejście do Wielkiej Sowy zbliżało się nieuchronnie. Im bliżej było zawodów, tym mocniej wątpiłem w to, że uda mi się złamać godzinę w tym biegu. Bieg na Śnieżnik o zbliżonym dystansie i podobnym stopniu trudności, wypadł całkiem przyzwoicie. Zadowolony byłem z tempa biegu oraz miejsca jakie uzyskałem. Nie łudziłem się, że w „Biegu na Wielką Sowę” wypadnę podobnie i znajdę się w drugiej dziesiątce wyścigu. Tutaj obsada na pewno będzie mocniejsza, bo zawody całkiem słusznie zyskały dobrą opinię i chętnie zaglądają tu zawodnicy z krajowej czołówki oraz wielu miłośników biegów górskich, nie tylko z naszego kraju. Na zawody wybrałem się z żoną, Markiem Swobodą, który po ponad rocznej przerwie w bieganiu, po raz pierwszy w tym roku chciał zmierzyć się z krajową czołówką, panem Witoldem Radke – znanym wałbrzyskim maratończykiem, min. zdobywcą Korony Maratonów Świata oraz Radkiem Mękalem, z którym postanowiliśmy spróbować wspólnych treningów i liczę na to, że obydwaj na tym skorzystamy. Do Ludwikowic Kłodzkich dotarliśmy dwie godziny przed startem. Moja żona wysiadła wcześniej na Przełęczy Sokolej i wyruszyła na szczyt. My zaparkowaliśmy na terenie ośrodka Harenda, skąd miał odbyć się start wyścigu. Dzień był upalny i zanosiło się na to, że w trakcie biegu będzie jeszcze cieplej. Obawiałem się upału, bo ciężko znoszę takie warunki, ale z tym też coraz lepiej sobie radzę. Organizatorzy na prawie dziesięciokilometrowym dystansie zapewnili dwa punkty z wodą, dlatego postanowiłem nie brać ze sobą dodatkowego płynu. Nawadnianie organizmu rozpocząłem dzień wcześniej i liczyłem na to, że organizm nie będzie zbyt mocno cierpiał z powodu niedoborów wody. Czas do startu minął niepostrzeżenie.

Na Sowie - ekipa

Od lewej: Krzysiek Wajerowski (Oleśnica), Łukasz Beczkowski (Nowa Ruda), Radek Mękal (Wałbrzych), Bartłomiej Durmaj (Wrocław), ja, Jarek Łuczkiewicz (Oława) i Robert Czapiga (Nowa Ruda)

Rejestracja, rozmowy ze znajomymi, lekka rozgrzewka i czas ruszyć w drogę. W sektorze startowym ustawiłem się w takim miejscu, by nie blokować szybszych biegaczy, tak abym sam nie musiał tracić energii na przedzieranie się przez gąszcz wolniejszych uczestników biegu. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale zawsze hipotetycznie obliczam, gdzie mniej więcej powinienem się znaleźć i na ile mnie stać w danym wyścigu. Myślę, że to właściwe podejście – u mnie zawsze się sprawdza w większym lub mniejszym stopniu. Ruszyliśmy. Pierwsze kilkaset metrów asfaltem, po płaskim. Biegłem szybko, grubo poniżej 5min/km Wiedziałem, że wkrótce skończy się ten łatwy odcinek i nie zwalniałem. Wbiegliśmy na gruntową drogę, przechodzącą przez łąki i do góry, kilkaset metrów, a następnie w dół do asfaltu w Sokolcu. Kawałek wzdłuż głównej drogi i do góry asfaltem na Przełęcz Sokolą. Tempo znacznie zmalało. Biegłem widząc przed sobą znajomych biegaczy; Jarka z Oławy i Krzyśka z Oleśnicy. Postanowiłem nie odpuszczać i biec tuż za nimi, aż do przełęczy, a później się zobaczy. Wiedziałem, że Jarek jest po kontuzji, a Krzysiek od początku sezonu dużo biegał i już odczuwał negatywne skutki dużej ilości startów i treningów, a do końca sezonu jeszcze sporo czasu. Ja natomiast ciągle koryguję swoje zamiary i prawie nigdy nie wyrabiam planu, może dlatego unikam przetrenowania. Możliwe również, że jestem nie dotrenowany. Na szczęście nie muszę się z tego przed nikim rozliczać. Rozpoczęła się coraz mocniejsza wspinaczka. Marszobiegiem mijałem kolejnych zawodników. Na Przełęczy Sokolej czekał na mnie znany podbieg z którym po raz kolejny przyszło mi się zmierzyć. Tym razem nie pękałem. Ostro w górę. Kilka kroków biegiem, kilka marszem i do przodu. Obejrzałem się za siebie, bo stąd roztaczał się wspaniały widok na okolice. Wyścig, wyścigiem, ale grzechem byłoby nie rzucić okiem na krajobrazy. Ja musiałem to zrobić koniecznie.

Agnieszka na czele

Agnieszka Kozyrska z Sobótki jest nie do pokonania!

Tym razem bardzo stromy podbieg z przełęczy w kierunku Wielkiej Sowy wydał mi się bardziej znośny. W ubiegłym roku nawet nie próbowałem podbiegać, tym razem czułem się mocniejszy i podbiegałem. Tutaj nikt mnie nie wyprzedził. Cieszyło mnie to ogromnie. Przypuszczałem, że jestem gdzieś w drugiej połowie pierwszej setki, ale to mnie nie martwiło, bo biegło mi się całkiem nieźle. Za schroniskiem „Orzeł” jeszcze trochę w górę, a następnie kilkaset metrów w dół do schroniska „Sowa”. Przy nim zaczął się początek długiego trawersu prowadzącego w kierunku szczytu. Najpierw poziomo, później łagodnie w dół, by pod koniec również łagodnie wspinać się do podejścia na górę. Minęło mnie dwóch zawodników. Trochę speszyło mnie, gdy mijał mnie kolejny, biegnący tuż za mną od dłuższego czasu.  Na jego koszulce widniało: „TKKF Kolejarz Bydgoszcz” a nie przypominam sobie, żeby tam były jakieś góry. Mimo to był mocniejszy ode mnie – można więc szybko biegać po górach, trenując na nizinach. Mocny trening, dobre chęci i już! Wkrótce zakręt w prawo i kamienistą ścieżką do góry. Marszobieg, tym razem biegłem więcej, bo konkurencja napierała i nie chciałem stracić kilku pozycji na ostatnim kilometrze przez lenistwo. Już było widać wieżę na szczycie. Zapomniałem o upale i zmęczeniu, bo wiedziałem, że było nieźle. Dałem radę. Do mety dotarłem na 66 miejscu zajmując 17 pozycję w kat. M-40. Trasę o długości 9400m i przewyższeniu +540m, pokonałem w czasie 0:53:55 ze średnim tempem 05:44min/km Ubiegłoroczny wynik poprawiłem o ponad 8 minut. Myślę, że nasza ekipa sprawiła się nieźle. Marek udowodnił, że należy do krajowej czołówki biegaczy, mimo długiej przerwy, zajmując 17 pozycję w kat. Open i 3 miejsce w kat. M40 Pan Witek zajął 3 miejsce w kat. M70, Radek przekonał się, że bieganie po górach nie jest takie straszne, a ja znacznie poprawiłem swój ubiegłoroczny wynik.

Mark na pudle

Najlepsi z kat. M40: Dominik Ząbczyński, Edward Baczewski i Marek Swoboda

Cieszę się, że mogłem ponownie spotkać się ze znajomymi z którymi ze względu na to, że mieszkają w innych miejscowościach kontakt jest ograniczony. Ale nawet podczas kilkuminutowej rozmowy można dojść do ciekawych spostrzeżeń. W czasie takiej dyskusji po zawodach, którą przeprowadziłem z Jarkiem i Krzyśkiem.  Zastanawialiśmy się, gdzie kończy się przyjemność biegania, a zaczyna dodatkowy obowiązek. W który przeradza się spontaniczne bieganie u nastawionych na poprawę wyników biegaczy. Ja już kilka miesięcy temu, postanowiłem zmniejszyć ilość startów, do 10-14 w sezonie. Bo jeżdżenie z imprezy na imprezę mija się z celem. Wolę więcej trenować na miejscu i skupić się na kilku kluczowych startach. Oni muszą to jeszcze przemyśleć. Za dwa tygodnie spotkam się z nimi na „Biegu WOP-isty” i może znajdzie się czas na dokończenie dyskusji.

Zwycięzcą biegu został Dariusz Kruczkowski (POL) 0:38:34, drugie miejsce zajął Yurik Blahodir (UKR) 0:39:46, a trzeci był Denis  Slobodianiuk (UKR) 0:40:12 Najlepsza wśród kobiet była Dominika Ulfik – Wiśniewska (POL) zajmując 11 miejsce w kat. Open! z czasem 0:44:41

Slavo 65

Może Ci się również spodoba