Zamek Chojnik zdobyty :)

Do Jeleniej Góry – Sobieszów na „Chojnik Maraton” przyjechałem o godzinie siódmej. Do startu było jeszcze sporo czasu, ale wolałem być wcześniej, żeby załatwić formalności i mieć trochę czasu na pozytywne doładowanie, bo przeważnie brakuje mi tego i psycha siada podczas zawodów. Wybiegane kilometry to nie wszystko, bo na sukces każdej naszej działalności składa się kilka czynników. W przypadku biegania, to urozmaicony trening, regeneracja, odpowiednia dieta i waga. Ale wiara w siebie i pozytywne myślenie również jest ważne i nad tym także pracuję. Czasami zastanawiam się nad tym po zawodach – dlaczego wymiękłem? Jeśli wiem, że mogłem dać z siebie więcej, ale tego nie zrobiłem. Nie startowałbym w imprezach, gdyby nie zależało mi na wyniku. Samo zaliczenie biegu to nie dla mnie, bo po co startować, skoro nam na tym nie zależy? Tak tylko o tym wspominam, bo wiele osób twierdzi, że nie zależy im na miejscu, na wyniku, na uzyskanym czasie, a jednak startują. Może to ma jakiś głębszy sens, ale ja tego nie rozumiem. Bo jak mi na czymś nie zależy, to tego nie robię.

08.zamek chojnik

Zamek Chojnik był w zasięgu ręki, ale droga do niego była niezwykle daleka

Szybko załatwiłem formalności w biurze zawodów, mieszczącym się w namiocie na dużej polanie z której było widać wzgórze, ze znajdującym się na szczycie Zamkiem Chojnik. Mury zamkowe nieśmiało wyłaniały się spośród drzew mocno zarośniętej góry. Chmury zasłaniały Karkonosze, ale robiło się cieplej i z każdą minutą słońce coraz mocniej przeciskało się przez nie. Wkrótce na łące zrobiło się bardzo duszno i gorąco. Dojeżdżali kolejni uczestnicy zawodów. Przyjechał kolega Krzysiek Wajerowski z Oleśnicy, którego się spodziewałem. Na udział w maratonie zdecydował się w ostatniej chwili, bo z powodu kontuzji kolegi z zespołu, musiał wycofać się z planowanego „Biegu Rzeźnika.” Ładowałem się nadal pozytywnymi myślami, rozmawiałem z poznanym Mariuszem Głąbałą ze Strzegomia i przygotowywałem się do biegu. Krem z filtrem, żele, plastry na wszelki wypadek, woda itd. Stuptutów nie założyłem, czego później żałowałem, bo drobnego żwiru w butach miałem pod koniec zawodów pod dostatkiem i jeden solidny odcisk przybył do kolekcji. Mariusz wypytywał mnie na temat górskich biegów, bo dzisiejszy maraton miał być jego podwójnym debiutem: jako pierwszy bieg na tak długim dystansie i pierwszy bieg górski – dlatego temat był mu całkowicie nie znany. Dał się namówić na zabranie ze sobą bidonu z wodą i założenie starych, ale wypróbowanych butów, bo nowych nie do końca sprawdzonych mu nie polecałem.

08b.Krzysiek i Ja

Miło było spotkać się ponownie z Krzyśkiem

Około godziny dziewiątej ruszyliśmy. 86 śmiałków miało jeden wspólny cel: jak najszybciej znaleźć się w Zamku Chojnik, gdzie mieściła się meta zawodów. Cel był prosty, ale trasa która do niego prowadziła, taka nie była. Niemal od samego początku zaczęła się mozolna wspinaczka. Najpierw łąką oddalającą się od Sobieszowa, z której znakomicie widoczne były zamkowe mury, rozłożone na kamiennym zboczu i do lasu. Tam ciągle pod górę, trochę trawersem i w dół do podmokłej, leśnej polany. Pierwszy kontakt z błotem, wodą i buty przemoczone już na początku wyścigu. Ale co tam, do mety zostało jeszcze tylko około 40 kilometrów. Długi trawers i szybki bieg, żeby zaoszczędzić minutę lub dwie, bo wkrótce za pierwszym wodopojem zaczynał się mozolny, kilkukilometrowy podbieg wzdłuż Hutniczego Grzbietu. Najpierw biegłem, później przeszedłem do marszobiegu, by w końcu  maszerować pod górę. Z zazdrością patrzyłem jak inni sprawnie wchodzą do góry, coraz bardziej stromą drogą. Na treningach ćwiczyłem szybkie wchodzenie pod górę na krosach, na których celowo zaplanowałem bardzo strome podejścia, ale widocznie muszę jeszcze się do tego przyłożyć, bo wczoraj mi to nie wychodziło. Żeby nadążyć za nimi na tym bardzo długim podejściu musiałem podbiegać. Wkrótce dotarliśmy na grzbiet Karkonoszy. Piękna pogoda i rozległy widok roztaczał się dookoła, bo chmury już dawno odsłoniły górską krainę. Przekroczyliśmy granicę, a Garmin wskazywał średnią 7min/km na 10km odcinku. Było nieźle, bo spodziewałem się wolniejszego tempa. Kolejny punkt dożywiania mieszczący się przy pozostałościach Petrovej boudy. Żel z tubki, woda i do przodu. Owoców dostępnych na punkcie nie jadłem, bo nigdy ich nie stosuję podczas dłuższych wybiegań, więc nie chciałem ryzykować. Biegłem trawersem ciągnącym się po czeskiej stronie głównego grzbietu Karkonoszy.

Śląskie Kamienie

Śląskie Kamienie – tych pięknych skałek nie było w pierwszej wersji trasy biegu

Tempo było niezłe, momentami dochodziło do 5min/km, wiedziałem że się trochę odkuję i zmieszczę w planowanych 5:30 – 6:00 godzinach. Założenia mało ambitne, ale realne. Po co miałbym planować 4 godziny i 30 minut, skoro nie jest to dla mnie osiągalne? Zdarzają się jednak tacy, którzy w ten sposób kombinują i stawiają przed sobą nierealne zadania, a później karetka, GOPR, kroplówka itd. Zbiegłem do Fucikowych boud i ostry zakręt w prawo do góry, szutrem w kierunku Martinovej boudy. Trochę za słabo ten zakręt był oznaczony przez organizatora, bo jedynie na jednej z tyczek, kilka metrów za nim, powieszony był kawałek biało czerwonej taśmy. Ja nie miałem problemu z wybraniem właściwego kierunku na skrzyżowaniu, bo znałem trasę z treningu. Ale byli tacy, którzy pobiegli prosto. Podczas szybkiego biegu, nie wszystko się widzi i w takich punktach, oznaczenie powinno być znacznie lepsze. Mozolnie piąłem się szutrem do góry i tuż przed Martinovą wyprzedziło mnie dwóch zawodników, a na dalszej części trawersującej zbocze Wielkiego Szyszaka jeszcze jeden. Dobiegając do Łabskiej boudy, dowiedziałem się od chłopaków patrolujących trasę biegu, że zajmuję 24 pozycję. Ucieszyłem się, bo przypuszczałem, że jestem o wiele dalej. Od schroniska piąłem się, szeroką wygodną drogą w kierunku źródeł Łaby i dalej w stronę Śnieżnych Kotłów. Po drodze wyprzedzony zostałem ponownie. Wkrótce zaczęły się moje problemy na trasie. Najpierw zgubiłem chip, ale na szczęście zauważyli to czescy turyści, którzy mnie o tym poinformowali. Wołając  za mną i machając rękoma. Dobrze, że to zauważyli, bo nie wiem, kiedy bym się zorientował o zgubieniu chipa i byłoby po wyścigu. Podziękowałem i dobiegłem do zakrętu, skąd zaczynał się długi zbieg w kierunku Schroniska pod Łabskim Szczytem. Tempo przyzwoite, ale po kilkuset metrach musiałem zwolnić. Dopadły mnie pierwsze skurcze. Nie łydki z którymi od czasu do czasu miałem problem, ale uda. Bardzo mnie to zaskoczyło, ale mogłem brnąć dalej, więc zbiegałem, zatrzymując się co jakiś czas na moment, masując nogi. Przy schronisku, trasa maratonu odbijała w prawo, czarnym szlakiem prowadzącym przez najtrudniejszą część wyścigu. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale skurcze i kolka, która doszła do tego, spowolniła mnie jeszcze bardziej. Nie zatrzymywałem się – tylko truchtałem, co jakiś czas przechodząc na chwilę do marszu. Wąska ścieżka zamieniła się w kamienne rumowisko, przez które z trudem się przedzierałem.

08d.Mariusz i ja - Chojnik na bL

Udany debiut Mariusza – maraton ukończony (6:13:17)

Tempo mojego zejścia było wolniejsze, niż podejścia na Hutniczy Grzbiet. Dochodziło zaledwie do 10min/km, totalna katastrofa. Ale nic nie mogłem na to poradzić. Ważne, że z każdym krokiem do mety było coraz bliżej. Grzmiało niemal od początku zawodów, ale coraz mocniej. Na szczęście gdzieś w oddali, więc miałem nadzieję, że zawody nie zostaną przerwane. Wkrótce dogonili mnie i wyprzedzili kolejni zawodnicy, a za nimi Krzysiek. Biegli bardzo szybko. Krzysiek przypłacił to bolesnym upadkiem, ale na szczęście oprócz siniaków i mocno zadrapanej skóry na barku i ramieniu nic mu się nie stało. Na końcu zbiegu, pan z obstawy zawodów poinformował mnie, że znajduję się na 34 pozycji. Biegłem dalej, doganiany przez kolejnego zawodnika. Przy następnym punkcie dożywiania, wypiłem kubek napoju i ruszyłem przed siebie, bo chciałem odskoczyć zawodnikowi który mnie dogonił. Udało się i wspinaczkę Koralową Ścieżką rozpocząłem sam. To była prawdziwa męczarnia. Skurcze odpuściły, ale moje obawy co do ich powrotu sprawdziły się w połowie podejścia. Najpierw była ścieżka z ułożonych desek na podmokłej części podejścia. Doganiałem idącego zawodnika, który słysząc mnie również zaczął biec. Ja biegłem on biegł, ja szedłem on również przechodził do marszu. Postanowiłem podbiegać na kamieniach, a iść na deskach, w ten sposób uśpiłem jego czujność i z trudem do niego dotarłem. Był na wykończeniu, nie mógł biec, skurcze również go dopadły. Chwilę rozmawialiśmy zanim go wyprzedziłem. Po kilkudziesięciu metrach minąłem jeszcze dwóch biegaczy, ale wkrótce wyprzedził mnie Michał z Jeleniej Góry,  z którym już kilka razy zmienialiśmy się pozycjami podczas pierwszego podejścia. Przy końcu Koralowej Ścieżki, na kamiennym stromym fragmencie, złapał mnie skurcz łydki, ból był potworny. Stanąłem na chwilę naciągając łydkę i ruszyłem dalej. Jeszcze tylko brakowało rozwolnienia i byłby komplet moich kłopotów. Czarna Przełęcz ukazała się zza kosodrzewiny i to dodało mi trochę mocy. Wyprzedziłem Michała, bo teraz on został porażony skurczem mięśni.

08b.przed bramą zamku chojnik

Od lewej Michał, ja, Ania i Mariusz przed bramą zamkową

Do tego momentu myślałem, że popełniłem błąd w przygotowaniach, bo nigdy nie miałem, aż tak wielkich problemów ze skurczami mięśni. Czasami tylko łydka wysiadała. Ale kilku zawodników z którymi mijałem się na trasie miała te same kłopoty z mięśniami. Doszedłem do wniosku, że na nasze problemy miało wpływ kilka czynników: burzowa pogoda i ciśnienie z tym związane, tempo biegu, trudność trasy oraz zbyt słabe przygotowanie. Kumulacja! Wkrótce minąłem Śląskie Kamienie rozłożone na grzbiecie Karkonoszy. Truchtając i rozmawiając z jednym z zawodników dotarliśmy do początku drogi położonej wzdłuż Hutniczego Grzbietu, którą nie tak dawno mozolnie wspinaliśmy się do góry. I zaczęła się ostra jazda w dół. Biegłem jak najszybciej mogłem, zapominając o niedawnych problemach. Byli jednak szybsi. Przy ostatnim wodopoju spotkałem Krzyśka, chociaż myślałem, że już go nie zobaczę podczas wyścigu. Zatrzymałem się na dłużej z trudem pijąc izotonik i zagryzając arbuzem. Żałowałem później, że zrobiłem prawie pięciominutową przerwę. Ale wkrótce, na ostatnich kilkudziesięciu metrach stromego podejścia kamiennymi schodami, kiedy nie wiedziałem, czy mam iść, czy wymiotować. Doszedłem do wniosku, że bez tej przerwy może bym tutaj nie dotarł. Tuż za mną wdrapywał się inny zawodnik, którego chciałem przepuścić, ale on również nie miał sił na kilka szybszych kroków. Schody się skończyły. Kamienna brama i długa prosta do głównej bramy zamkowej. Biegiem oczywiście, bo jakże by inaczej! Ludzie patrzą! 😉

08d.najlepsze kobiety

Najszybsze kobiety I edycji „Chojnik Maratonu”

Trasę ukończyłem na 32 pozycji, w kategorii M40 byłem piąty, czas uzyskany to 5:46:39 Obiektywnie patrząc na mój start muszę przyznać, że skurcze nie miały wielkiego wpływu na mój wynik, bo mogłem brnąć do przodu bez robienia przerw. Może udałoby mi się zrobić trasę 5-10 minut szybciej, ale nie więcej, a konkurencja w mojej kategorii wiekowej i tak byłaby poza zasięgiem. Jeszcze wiele treningów przede mną zanim zacznę deptać im po piętach.

Dziękuję turystom niemieckim, czeskim i naszym, za to że przepuszczali nas na trasie i zagrzewali do walki, oraz poznanym na zawodach osobom za rozmowę i miłą atmosferę jaką wspólnie udało nam się stworzyć, a organizatorom za świetną imprezę. Nogi bolą, ale warto było do Was przyjechać.

Najszybsi mężczyźni:

1) RIDGWAY IAIN / ROSTOCK (GER) – 4:11:12
2) PAWLICA JÓZEF / BUDZISZÓW – 4:13:18
3) PAWŁOWSKI MARCIN / ZŁOTORYJA – 4:19:58
.

Najszybsze kobiety:

1) WOJCIECHOWSKA ALEKSANDRA / KOMORNIKI – 6:01:22
2) PŁOŃSKA ANNA / WROCŁAW – 6:10:32
3) KAWIORSKA MARIA/ PSZCZEW – 6:12:26
 
Strona zawodów: http://www.profitmaraton.pl

Slavo65

Może Ci się również spodoba