Półmaraton i wyprawa na Ślężę

1.Ekipa przed biegiem

Ekipa przed treningiem; od lewej ja, Kasia, Zbyszek i Grzesiek

Trzy godziny snu musiało wystarczyć na wypoczynek po ostatniej nocnej zmianie. Nie chciałem opóźniać niedzielnego treningu, na który wybierałem się ze znajomymi  do Sobótki. W planach było zaliczenie trasy „Półmaratonu Ślężańskiego” oraz wbiegnięcie na Ślężę. O godzinie 11:00 przyjechali ze Strzegomia po mnie, Grzesiek i Zbyszek. Po drodze zabraliśmy Kasię i ruszyliśmy do Sobótki. Pogoda była znakomita – do biegania, bo dla kierowców raczej nie. Widoczność słaba, tuż nad ziemią unosiła się lekka mgła, a nad nami było pochmurne niebo. Założyłem kamizelkę odblaskową, żeby nasza grupa była lepiej widoczna. Grzesiek zaparkował obok ośrodka ŚOKSIR-u w Sobótce i ruszyliśmy w trasę. Tempa biegu nie planowaliśmy, ponieważ nasza koleżanka, nigdy nie biegła tak długiego dystansu i sama nie wiedziała na co ją stać. Biega zaledwie od kilku miesięcy, dlatego zakładałem że, 6:15–6:30 min/km to odpowiednie tempo dla niej, do którego będziemy musieli się dostosować. Kiedy wybiegliśmy z Sobótki, Zbyszek rozstał się z nami, bo w planie miał szybszy trening i nie było sensu, żeby nam towarzyszył. Grzesiek przekazał mu klucze do samochodu i Zbyszek przyspieszył, znikając wkrótce za najbliższym zakrętem.

2.ka na śl

Kasia na Przełęczy Tąpadła

Trasa „ślężańskiej połówki” zaczyna się w rynku, skąd wiedzie poza granice miasteczka, okrążając masyw góry Ślęży. Najpierw przechodzi przez okoliczne wioski. Łagodnie prowadząc pod górę, zbliża się do ukrytej w lesie Przełęczy Tąpadła, im bliżej której, tym bardziej stromo. Dla zawodników trenujących na nizinach, taki podbieg może być bardzo uciążliwy. Na przełęczy droga się rozchodzi. Trasa biegu skręca w prawo i zaczyna się mocny, kilkukilometrowy zbieg. Droga wychodzi z lasu i łagodnieje. Szczyt Ślęży jest po prawej stronie, a po lewej rozciągają się łąki i pola, na których podczas biegu widzieliśmy  stado leśnej zwierzyny. Podczas ubiegłorocznego wyścigu, mogłem podziwiać, rozciągnięty na kilka kilometrów, kolorowy peleton biegaczy. To był wspaniały widok setek ludzi, niestrudzenie zmierzających do celu. Dzisiaj biegliśmy we troje, od czasu do czasu mijając samotnych biegaczy, którzy tak jak my przyjechali na trening w te gościnne okolice. Kasia trzymała się dzielnie.

3.Run na p

Początek drugiej części półmaratonu

Obawiałem się, że będzie zwalniać, ale po minięciu przełęczy z każdym kilometrem biegliśmy szybciej. Co jakiś czas, z prawej strony drogi, chmury odsłaniały Ślężę i można było dojrzeć wieżę telewizyjną stojącą na szczycie. Biegło się dobrze. Było kilka stopni powyżej zera, nie wiało, ani nie padał deszcz. Ostatnie kilometry prowadziły przez kilka łagodnych pagórków, które po kilkunastu kilometrach biegu, mogą dać się we znaki. Bieg skończyliśmy w czasie 2:06:00 Tempo naszej debiutantki było niezłe, jak na pierwszy tak długi dystans.  Wiedziałem, że mogła biec nieco szybciej i z pewnością za dwa tygodnie pokona „Półmaraton Ślężański” w czasie krótszym niż dwie godziny- o ile nie da ponieść się emocjom i nie zacznie za szybko.

4.Ślęża na bl

Ślęża – cel drugiej części treningu wyłonił się z chmur

Odpoczęliśmy kilka minut w ośrodku sportowym i bez koleżanki ruszyliśmy na szczyt, trasą „Górskiego Biegu na Ślężę” Kilkaset metrów przez błotnistą łąkę do góry i zagłębiliśmy się w lesie. Leśna ścieżka którą pokonywaliśmy marszobiegiem zasypana była grząskim, topniejącym śniegiem. Biegło się ciężko. Rozpoczęła się mozolna wspinaczka na szczyt Wierzycy – najbliższego wzniesienia. Nie było mowy o podbieganiu. Nogi cofały się w miękkim, mokrym śniegu i trzeba było podpierać się rękoma. Najszybszy i jedyny odcinek, na którym można było przyspieszyć rozpoczął się na Wierzycy z której zbiegaliśmy, by ponownie rozpocząć mozolną wspinaczkę do góry. Ciężka walka z terenem, doprowadziła mnie na Ślężę w czasie 48 minut, gorszym o dziesięć, od wyniku jaki uzyskałem na ubiegłorocznych zawodach. Pogoda była niezła. Nie wiało i nie było zbyt zimno. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy na dół. Teraz można było biec szybciej, a raczej ześlizgiwać się ze szczytu. Wkrótce ścieżka zamieniła się w wartki strumień. Buty miałem przemoczone, dlatego biegłem prosto nie omijając kałuż i płynącej wody. Na Ślężę wdrapałem się pierwszy, ale w dół koledzy biegli bardzo szybko i nie dali mi żadnych szans, zostawiając daleko w tyle. Tego fragmentu trasy mój zbuntowany „Endzio” nie zapisał. Dobiegliśmy do ośrodka, gdzie doprowadziliśmy się do porządku i ruszyliśmy do domu. Koledzy zastanawiali się nad sensem dzisiejszego biegu na szczyt, w tak trudnych warunkach. Zacząłem im wkręcać bajki o treningu charakteru, silnej woli, siły biegowej, czerpaniu energii z kosmosu itd. Mam nadzieję, że chwyciło i nie uważają tych dziesięciu kilometrów, przebytych w śniegu, błocie i wodzie za zmarnowany czas.

Slavo65 🙄

Może Ci się również spodoba