Ile kilometrów, ile?

01.finisz

Mój ubiegłoroczny finisz na najwyższym szczycie Śląsko – Morawskich Beskidów

Wczoraj drogą mailową, zwróciłem się do mojej ulubionej mistrzyni w bieganiu po górach z prośbą o pomoc w rozwiązaniu pewnego nurtującego mnie od miesięcy problemu. Sprawa dotyczyła kilometrażu jaki powinienem wybiegać miesięcznie. Chodziło mi o granice minimalnej ilości kilometrów, które byłyby bezpieczne dla organizmu, ale pozwalałyby jednocześnie na biegowy rozwój. Chcę biegać szybciej i wydajniej, oczywiście na miarę możliwości prawie pięćdziesięcioletniego faceta. Dlatego to, czy biegać 200, 300, 400 lub więcej kilometrów miesięcznie, ma dla mnie ogromne znaczenie. Biegaczem jestem początkującym, pomimo prawie piątej dyszki na liczniku, stąd moja bardzo skromna wiedza dotycząca treningu. Nie pytałbym nikogo o to ile biegać, bo chęci są i czas również. Mógłbym biegać po 400, 500, 600km miesięcznie, ale organizmu nie obchodzą moje chęci. Jego interesuje tylko to, czy da radę i czy dzięki ogromnemu zapałowi użytkownika organów którym jestem, nie zacznie szwankować. Nasz organizm, to tylko biologiczna maszyna, o którą również trzeba dbać i wiedzieć co dzięki niej możemy osiągnąć i na ile sobie pozwolić, aby jej nie zepsuć. Stąd moje biegowe rozterki dotyczące kilometrażu. Powiem Wam, że nie zastanawiałbym się nad tym tematem. Ale właśnie mój organizm zmusił mnie do ponownego przemyślenia tego co robię. Po prostu nie wyrabiam i piszę to, bo zamiast biegać, siedzę przed komputerem, gdyż dzisiaj niestety musiałem odpuścić. Zrobiłem w tym miesiącu 350 kilometrów i miałem chęć na drugie tyle, ale organizm domaga się odpoczynku. Każdy z nas, mam na myśli tych biegających, chciałby biegać coraz szybciej i sprawniej. Nawet ci, którym niby nie zależy na wynikach. Z pewnością po roku truchtania, chcieliby po przebiegnięciu pięciu kilometrów czuć się wspaniale, a nie zdychać z wycieńczenia, tak jak to miało miejsce na początku. Dlatego wszystkim zależy na robieniu postępów, tylko jednym mniej, a innym więcej. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to łże jak pies. Bo po co miałby truchtać trzy razy w tygodniu, po pięć kilometrów, żeby po kilku latach nadal mieć zadyszkę, kołatanie serca, migotanie komór i inne dolegliwości już na setnym metrze dystansu? Nie miałoby to najmniejszego sensu. Zarzynanie organizmu również tego sensu nie ma. Dwa lata temu, kiedy postanowiłem biegać, a ściślej mówiąc trenować bieganie oraz startować w zawodach, cieszyć się rywalizacją i możliwością poznawania nowych ciekawych ludzi. Najbardziej spodobały mi się biegi ultra, do których miałem zamiar przygotowywać się. Dłuuuuugi dystans, niekończąca się droga i ja, biegnący do mety z innymi, głodnymi życia ludźmi. Wspaniała wizja. Niestety, czasu się nie oszuka. Musiałem przystopować. Ciągłe, na szczęście nie groźne kontuzje, hamują moje zapędy. Wiem, że są ludzie o wiele starsi ode mnie jak Marco Olmo lub mniej sprawni jak Darek Strychalski, którzy pokonują ogromne odległości i jeszcze mają sporo sił na szczery uśmiech na mecie. Ale do tego trzeba dużo treningu, ogromnej ilości przebiegniętych kilometrów, aby przyzwyczaić organizm do takiego wysiłku. Dlatego nie wykreśliłem biegów ultra z moich planów. Ale tak jak kiedyś Darek Strychalski, postanowiłem na razie biegać krótsze dystanse, a później zobaczymy.

Jeśli chodzi o to co doradziła mi moja mistrzyni. Najważniejsze jest jej stwierdzenie, że „każdy organizm potrzebuje inną dawkę wysiłku” Dlatego warto o tym pamiętać, bo kilometraż odpowiedni dla jednej osoby, będzie za duży dla drugiej, a za mały dla trzeciej. Niby proste, nic odkrywczego, ale często o tym zapominamy. Jeśli chodzi o mnie, to zaleciła mi skupić się na krótszych dystansach oraz bieganiu w okresie przygotowawczym do krótszych biegów około 70-80km na tydzień. Natomiast zwiększenia kilometrażu do 100-120km tygodniowo jeśli chciałbym startować w maratonie. Taki okres zwiększonego kilometrażu powinien trwać co najmniej 7 tygodni przed startem i mógłbym na przykład biegać większą ilość kilometrów co drugi tydzień.

02.najstarszy

Najstarszy uczestnik zawodów 86 letni Frantisek Zikes ma moc!

Właściwie to wcale nie trzeba przebiec 40, 50, 100 czy 160km żeby odczuwać satysfakcję. W ubiegłym roku, kiedy startowałem w Czechach w „Behu na Lysou Horu” – dystans 9200m, przewyższenie +927m Już na samym początku zawodów, po przebiegnięciu kilometra. Moim pięknym oczom ukazała się zielona, prawie pionowa łąka, na widok której pomyślałem „o kurde, ja chyba jestem z innej bajki” Wspinanie się przez kilkaset metrów do góry, stromą ścieżką, wśród zielonej trawy, przy ponad 35 stopniowym upale, wydawało się nie mieć końca. Prawie nic nie piłem na trasie, chociaż miałem ze sobą dwa małe bidony z wodą, a po drodze mijałem jeden punkt z napojami. Bałem się, że pęknę jak gorące szklane naczynie oblane wodą.  Ale dałem radę. Na metę wbiegałem z grymasem faceta uciekającego przez wiele kilometrów, przed szaleńcem uzbrojonym w siekierę. Kiedy w końcu doszedłem do siebie i mogłem w nietrzęsących się rękach, robić zdjęcia innym, nadal biegnącym do mety zawodnikom. Zobaczyłem nadciągającego do mety, najstarszego uczestnika biegu, 86 letniego Frantiska Zikesa. To był naprawdę wspaniały widok!

Slavo 65

Może Ci się również spodoba