WB – Trzy szczyty (35km)

Muflonki

Długo odkładałem zaplanowaną trasę, podczas której miałem zdobyć trzy szczyty: Jagodnik (619m), Trójgarb (778m) i Chełmiec (850m) Teren jest ciężki. Wybierając się tam, trzeba liczyć się z dużą ilością długich, męczących, kamiennych podbiegów. Ale warto zajrzeć w te piękne okolice. Niektórzy teren ten nazywają „Eko Muzeum Wokół Trójgarbu” i nawet jest internetowa strona dotycząca tego obszaru. Rabunkowa wycinka drzew w masywie Trójgarbu zaprzecza jednak o ekologicznej ochronie terenu. Od początku mojej wyprawy mżyło, a momentami padał deszcz. Z przemoknięciem nie było więc problemu. Mimo zaledwie trzech stopni powyżej zera, nie było mi zimno. Ubrałem się tylko w wiatrówkę, koszulkę i cienką bluzę. Ale nie wiało i dało się wytrzymać. Na dłuższe wyprawy, w taką pogodę zabieram ze sobą rezerwowe ubranie, koc termiczny i kilka innych niezbędnych rzeczy. Bo nigdy nic nie wiadomo. Do tej pory trzy szczyty, zaliczałem w oddzielnych wyprawach nie przekraczających 30km. Dzisiejszy dystans miał być dłuższy o kilka kilometrów. Przebiegłem obwodnicą prowadzącą naokoło mojej dzielnicy. Dalej przez ogrody działkowe do wioski Struga. Mijając pałac skręciłem asfaltem w kierunku Starych Bogaczowic. Po kilkuset metrach zakręt w lewo. Na czereśniową aleję, gdzie rosną nieliczne owocowe drzewa, pozostałości po kilkudziesięciu drzewach czereśni zasadzonych wiele lat temu.

Fragment pięknego zakątku w Masywie Trójgarbu

Zwykle biegnąc tędy nie wbiegam w aleję z powodu bardzo wysokiej trawy, tylko biegnę wzdłuż niej, krawędzią pola o czerwonej glebie. Takiego koloru były dzisiaj pałacie miejscami zalegającego śniegu. Dotarłem do lasu, mijając wspaniały zagajnik gęsto rosnących, młodych brzózek. Biegnąc w dół do rzeki widziałem mnóstwo wyciętych drzew. Pociętych na kawałki, poskładanych i gotowych do wywiezienia. Następny zakręt w lewo i po kilkuset metrach skręciłem w prawo. Od tego miejsca zaczął się mozolny podbieg w kierunku Jagodnika. Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny, bo przeczucie mówiło mi, że spotkam muflony. Wkrótce trafiłem na duże stado tych zwierząt i grzebiąc w plecaku liczyłem, że poczekają aż wyciągnę sprzęt. Ale się przeliczyłem. Biegłem dalej z aparatem przewieszonym przez ramię i wkrótce trafiłem na drugie stado muflonów. Tym razem zdążyłem zrobić zdjęcia, ale nie grzeszą jakością. Było zbyt daleko, żebym mógł zrobić dobre ujęcia. Szkoda. Dobiegłem do jednego z piękniejszych zakątków w masywie Trójgarbu. Który i tym razem zrobił na mnie ogromne wrażenie. Niby nic. Jeden leśny zakręt. Ale ułożone wzdłuż niego skały są naprawdę efektowne. Pamiątkowe zdjęcie i biegłem dalej pod górę. Wkrótce dotarłem do rozdroża przed Jagodnikiem i obiegłem szczyt trawersem z którego były widoczne, liczne skały wieńczące górę. Za kolejnym zakrętem spotkałem lisa, ale ten nie czekał, aż przygotuję się do zrobienia zdjęcia i zniknął w zaroślach. Po obiegnięciu Jagodnika, zaczęła się ponownie droga do góry w kierunku Skrzyżowania Siedmiu Dróg. Zrobiłem chwilową przerwę na posiłek i łyk herbaty. Biegnąc pod górę dotarłem do Rozdroża pod Trójgarbem i dalej, również w górę. Szerokim leśnym traktem dotarłem do Trójgarbu. Przede mną było jeszcze 200-300 metrów bardzo stromego, kamienistego podejścia.

Na wierzchołku mojej ulubionej góry

Ciągle padało, a na szczycie wiało. Dlatego zatrzymałem się jedynie, aby zrobić pamiątkową fotkę, łyk herbaty i zjeść batona. Na szczycie były chmury i nie poszedłem na punkt widokowy, bo i tak bym nic nie zobaczył. Droga w dół nie była łatwa. Luźne kamienie i nierówna ścieżka nie ułatwiały biegu. Po kilkuset metrach dotarłem do rozdroża i tym razem biegłem w dół wzdłuż bardzo stromego zbocza. Kluczyłem wzdłuż korzeni, po miękkiej ścieżce. Dotarłem do Bacówki pod Trójgarbem. Coraz bardziej niszczejącego budynku byłego schroniska. Dalej zbiegałem asfaltem przez Lubomin. Kiedy znalazłem się przy głównej drodze. Rozpoczął się podbieg, asfaltową drogą prowadzącą w kierunku Kamiennej Góry. Wkrótce skręciłem na łąkę i brodząc w błocie i wodzie, dostałem się do lasu okalającego ostatnią górę w dzisiejszej wyprawie. Wiedziałem, że tym razem będzie znacznie trudniej. Przede mną był 5 kilometrowy podbieg na szczyt. Ale ostatecznie postanowiłem dostać się tam zielonym szlakiem prowadzącym prosto do góry. Żadnego trawersu, tylko prościutko na szczyt. Ten kilkusetmetrowy odcinek pokonałem w ciągu 20 minut. Nie było mowy o wbieganiu. Ślizgałem się na błocie i liściach. Nie miało sensu silić się na podbieganie. Po wielkich męczarniach dotarłem na szczyt, szczelnie ukryty wśród chmur. Nie robiłem przerwy, bo wiało zbyt mocno, a lód odrywający się od gałęzi spadał na mnie niczym odłamki kruszonego szkła.

Było lekko pod górkę i troszkę z górki

Szerokim traktem zbiegałem przez pięć kilometrów i na jedynym oblodzonym fragmencie drogi. O powierzchni około dwóch metrów na trzy, o mało nie zaliczyłem gleby. Ale uratowałem się przed upadkiem stosując telemark. Kilka lat oglądania skoków narciarskich, a w szczególności udanych występów Adama Małysza, pozwoliły mi opanować ten element lądowania. Skoków nie próbowałem i mam nadzieję, że nie będę musiał. Przerwę planowaną na szczyt zrobiłem na końcu tego wielokilometrowego zbiegu. Dalej, jeszcze kilka kilometrów przez las i wbiegłem na Konradów. Zbiegając do Szczawna Zdrój. Przebiegłem przez uzdrowisko i ścieżką rowerową prowadzącą wzdłuż łąk dotarłem do stacji Lukoilu. Kupiłem olbrzymią butlę Fanty i po kilkuset metrach dotarłem do domu. Cała trasa wynosiła 35km. Średnie tempo wyniosło 7:12 min/km, a dystans pokonałem w czasie 4:12:24.

slavo 65 😯

Może Ci się również spodoba