Podsumowanie sezonu 2012

Jeszcze boli mnie kontuzjowana noga po „Maratonie Beskidy” w którym kilka dni temu brałem udział.  Dlatego zrobiłem kolejny dzień przerwy. Szkoda, bo za oknem była piękna, jesienna pogoda. Słońce, kilka chmurek na niebie, lekki wiatr i temperatura powyżej zera – nic tylko biegać. Jutro wybiorę się na pierwszy lekki trening i mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Teraz postanowiłem wykorzystać przymusową chwilę odpoczynku i zrobić podsumowanie mojego drugiego sezonu startowego.

W drodze na Lysou Horu

Od początku roku, niemal co miesiąc zmieniałem plan biegów. Główną przyczyną tych zmian były kontuzje i moje za bardzo ambitne założenia. W tym roku planowałem ukończyć  pierwszą „setkę” Ale brak wybieganej, dostatecznej  ilości kilometrów w sezonie zimowym skłonił mnie do zmiany planów. Nie chciałem ryzykować startu na tak długim dystansie bez odpowiedniego przygotowania. Musiałem mocno ograniczyć kilometraż, ponieważ przetrenowałem się na początku roku. Biegałem po zamarzniętych drogach i bezdrożach nawet podczas dużych mrozów, ogromną jak na moje możliwości, liczbę kilometrów. Moim pierwszym biegiem na dystansie ultra, miała być impreza w czeskich Karkonoszach o nazwie „Karkonosowa Stovka” Od lat chodzę po tych pięknych górach, a perspektywa przebiegnięcia ich w ciągu 24 godzin wydawała mi się bardzo kusząca. Szkoda że nie wystartowałem, ale to była jedyna rozsądna decyzja jaką mogłem podjąć. Innymi ważnymi celami jakie przed sobą postawiłem były starty; w Mistrzostwach Polski  Weteranów w Biegu Górskim – Ludwikowice Kłodzkie, Maraton Gór Stołowych – Pasterka oraz Mistrzostwa Polski w Długodystansowym Biegu Górskim – Lądek Zdrój. To były najważniejsze, ale nie jedyne starty w moich planach. Nastawiłem się głównie na bieganie po górach. Jednak chciałem sprawdzić się także na asfalcie i do listy startów doszedł „Półmaraton Ślężański” i „Półmaraton Wałbrzych” Na początku stycznia wystartowałem w lokalnym „Memoriale Stanisława Kaczmarka”, a pod koniec marca w moim pierwszym półmaratonie, który odbywał się na trasie wokół mitycznej góry Ślęży. W kwietniu i maju brałem udział w lokalnych zawodach oraz ponownie wystartowałem w Sobótce. Tym razem w „Biegu na Ślężę” obnażającym mój najsłabszy punkt, którym był brak mocy w nogach. Brak siły biegowej odczuwałem również w kolejnym biegu u naszych czeskich sąsiadów. „Horsky Beh na Lysou Horu” w Beskidzie Śląsko – Morawskim, to była prawdziwa katastrofa. Bieg ukończyłem, ale już na trzecim kilometrze byłem ledwo żywy. Koszmarnie znosiłem potworny upał jaki tego dnia panował, ale jakoś udało mi się dobrnąć do mety na najwyższym szczycie Beskidów. „Nocny Górski Maraton” pod koniec czerwca miał być pierwszym przebiegniętym maratonem. Wiele lat temu brałem udział w tej imprezie, ale na zasadzie turystycznego przejścia trasy. Tym razem miał być to poważny występ. Start traktowałem jako porządne przetarcie przed „Maratonem Gór Stołowych” Od samego początku biegło mi się znakomicie. Nie wiedziałem jednak, czy stać mnie na przebiegnięcie dystansu i po 30 kilometrze postanowiłem zwolnić.  Dalej pokonywałem trasę marszobiegiem. Wolałem dobiec do końca uzyskując gorszy czas, niż ryzykować nie ukończenie maratonu. W klasyfikacji generalnej byłem na 15 miejscu, a w kategorii M40 zająłem 3 lokatę. Ale organizator w trakcie trwania biegu zmienił regulamin i ostatecznie wylądowałem na 18 pozycji, a w M40 byłem czwarty. Szkoda że od takiego świństwa zaczęła się moja przygoda z bieganiem, ale to na szczęście nie zniechęciło mnie do biegania po górach.

Na początku lipca nastąpił długo oczekiwany start w MGS-ie. Wiedziałem, że szybkościowo nie jestem zbyt dobrze przygotowany, ale kondycyjnie było znacznie lepiej niż kilka tygodni wcześniej. Liczyłem na zbliżony rezultat jaki uzyskałem w „Nocnym Maratonie” Trasa maratonu w Górach Stołowych była bardziej wymagająca technicznie, ale znałem ten teren, byłem w dobrej dyspozycji i czułem się niezwykle pewnie. Niestety. Zgubił mnie brak doświadczenia. Było upalnie, a ja na każdym punkcie z wodą piłem bardzo dużo, o wiele za dużo i wkrótce problemy żołądkowe dały znać o sobie. Do połowy dystansu dobiegłem w zakładanym czasie, ale pojawił się dodatkowy kłopot. Wysiadła mi prawa łydka. Nie poddawałem się jednak i marszobiegiem dotarłem do mety w czasie gorszym od moich planów prawie o godzinę. Kontuzja jakiej się nabawiłem, zmusiła mnie do ograniczenia treningów w następnych miesiącach. Zmniejszyłem ambitne plany startowe, ograniczyłem treningi i przerwałem bardziej wyczerpujące treningi szybkości. „Bieg na Wielką Sowę” który był Mistrzostwami Polski Weteranów musiałem koniecznie zaliczyć. Szkoda, że to tylko symboliczne „zaliczenie” ale udział w Mistrzostwach Polski oraz bieganie z najlepszymi, uważam za wyróżnienie i nie chciałem z tego rezygnować. We wrześniu z powodu przedłużającej się kontuzji brałem udział tylko w „Pivnim Triatlonie” Zawodach połączonych z zabawą, sportową rywalizacją i piwem. Może to zestawienie nie jest do końca takie zdrowe, ale w końcu chodziło o dobrą zabawę.

Na trasie „Półmaratonu Wałbrzych”

Start w „Półmaratonie Wałbrzych” na który zapisałem się w ostatniej chwili, to był mój najlepszy występ w tym roku. Słabo przygotowany ruszyłem do boju, nie obiecując sobie za wiele po tym starcie. Poprawiłem rekord w półmaratonie na trudniejszej trasie niż w Sobótce, czego zupełnie się nie spodziewałem! W październiku na początku miesiąca wystartowałem w Mistrzostwach Polski w Długodystansowym Biegu Górskim w Lądku Zdrój. Start uważam za udany, chociaż wynik tego nie potwierdza. Brak długich wybiegań, nie pozwolił osiągnąć lepszego rezultatu i ruszałem na trasę biegu zupełnie nie wiedząc czego mogę oczekiwać.

„Mala Cena Spindlerova Mlyna” w Karkonoszach, to były naprawdę udane zawody. Byłem jedynym zawodnikiem spoza Czech, ale tym się nie zrażałem. Dawałem z siebie wszystko i przekonałem się, że treningi siły biegowej nie poszły na marne. Duża ilość długich odcinków biegu pod górę w ostatnim okresie, pozwoliła na pokonywanie w dobrym tempie bardzo stromych podbiegów. Mój wynik był niezły, ale Czesi to bardzo szybcy zawodnicy i w klasyfikacji wylądowałem na odległej pozycji. Kolejny start to „Bieg po Złoto” w Złotym Stoku. Planowałem poprawić wynik z ubiegłego roku i pokonać trasę w czasie poniżej 30 minut. Nie udało się. Tego dnia biegło mi się bardzo ciężko, po prostu nie miałem dnia. Ale wynik  i tak poprawiłem o niecałe 2 minuty.

Podczas treningu w Teplickich Skałach u naszych czeskich sąsiadów.

„Maraton Beskidy” to mój ostatni start w tym roku, do którego byłem chyba najlepiej przygotowany. Nie ćwiczyłem szybkości, ale znacznie zwiększyłem kilometraż oraz długość biegów. Skupiłem się głównie na treningu siły biegowej, polegającym na pokonywaniu tras treningowych posiadających długie do 2 km i liczne podbiegi. Maraton Beskidy ukończyłem w przyzwoitym czasie, ale mam pewien niedosyt, bo nabawiłem się kontuzji więzadła kolanowego i ledwo udało mi się dokończyć zawody.

W sumie cały sezon mogę uznać za przyzwoity. Nie ma jednak sensu porównywać go z rokiem ubiegłym, bo wówczas startowałem jedynie w czterech zawodach. Cieszę się również z tego, że biorąc udział w zawodach poznałem wielu ciekawych ludzi z którymi mogę jeździć na wspólne starty, trenować oraz wymieniać się naszym biegowym doświadczeniem. Bieganie bez udziału w zawodach to nuda. Dlatego już zaglądam na strony biegów i układam plan moich występów. Mam nadzieję, że zobaczymy się na linii startu. Tylko przyłóżcie się do treningów, jeśli nie chcecie oglądać moich pleców! Bo ja w sezonie przygotowawczym nie będę się obijał! :mrgreen:

Slavo65

Może Ci się również spodoba