Weekend we Wrocławiu

Stary Cmentarz Żydowski

Kilka dni przerwy i wyjazd do Wrocławia. Zero biegania, chociaż za Maćkiem do którego pojechałem, trudno było nadążyć. Odniosłem wrażenie, że chciał pokazać mi Wrocław w ciągu jednego dnia. Ale to za duże miasto, mieszczące na swym terenie wiele wspaniałych zabytków wartych zobaczenia. Dlatego to nie mogło się udać. Ograniczyliśmy się do odwiedzenia kilku ciekawych miejsc. W ciągu dwóch dni zwiedziliśmy zapomniane, wrocławskie umocnienia z okresu II Wojny Światowej. Następnie Cmentarz Żydowski, ostoję spokoju w tym dużym mieście. Ukrytą za wysokim ceglanym murem. Przechodząc przez bramę odnosi się wrażenie, jakby przekraczało się niewidzialną linię, dzielącą nas od innego świata. Wspaniała sztuka cmentarna zagubiona wśród zdziczałej, unikatowej roślinności. Warto tam zajrzeć. Maciek miał nadzieję, że na mnie, tak jak na nim, ten urokliwy, tajemniczy, cichy zakątek zrobi wrażenie i zrobił. Zajrzeliśmy jeszcze do Muzeum Narodowego, ze wspaniałą ekspozycją malarstwa, rzeźby i innych zabytków. Dotarliśmy do centrum przechodząc przez Ostrów Tumski, najstarszą, zabytkową część Wrocławia.

Kłódki na Moście Tumskim

Wstąpiliśmy do archikatedry wrocławskiej na chwilę zadumy i ponownie wędrując zabytkowymi uliczkami, poszliśmy dalej przez Most Tumski zwany Mostem Zakochanych na którym wiszą setki „Kłódek miłości” Aż cisną się na usta słowa wiersza księdza Jana Twardowskiego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą, zostają po nich buty i telefon głuchy, tylko to co nieważne jak krowa się wlecze, najważniejsze tak prędkie, że raptem się staje …” Wiara w miłość i nadzieja na lepsze jutro to domena młodych i niech tak już zostanie. Poszliśmy dalej do centrum tropiąc wrocławskie krasnoludki. Wkrótce odnaleźliśmy kilka krasnali. Pierwszego namierzyliśmy z parasolką obok uczelni. Przy uniwersytecie był również drugi. Stał spokojnie, mocno zagłębiony w lekturze. Przed Biblioteką Ossolineum również  siedział zaczytany krasnal na książkach. Jednego biedaka skutego łańcuchem spotkaliśmy tuż przed rynkiem, pewnie coś narozrabiał. Kolejnego z wielkim brzuchem, napuchniętym od obżarstwa zobaczyliśmy leżącego przed jakąś restauracją. Dzień dobiegał końca i razem ze zmierzchem dotarliśmy do rynku.

Kamienice na wrocławskim rynku

Weekend wolny od sportu postanowiliśmy zakończyć przy piwie. Ale zabrałem ze sobą do Wrocławia, wspaniały film o legendzie ultra biegów – Marco Olmo. Z przyjemnością obejrzeliśmy ten dokument, a ja jestem wdzięczny koledze za tłumaczenie tekstu. Bo niestety film tłumaczony jest na kilka języków których nie znam. Poniżej przytaczam opis jaki znajduje się na stronie sklepu www.napieraj.pl, gdzie ten film nabyłem.

„To nie jest klasyczny film sportowy z wielkim bohaterem prężącym muskuły do kamery i wyliczającym ile km i w jakim tempie jest w stanie pokonać. To humanistyczny dokument pokazujący starego biegacza walczącego z ograniczeniami nadchodzącymi z wiekiem. Poznajemy w nim wielkiego mistrza jako człowieka cichego, sympatycznego, zaskoczonego i przytłoczonego sławą. Marco nie spodziewał się że wygra najważniejszy bieg ultra na świecie. A już na pewno, że powtórzy ten wyczyn. Sam siebie opisuje jako człowieka przegranego w normalnym życiu. Jak oglądaliśmy razem ten film – stwierdziliśmy, że przypomina nieco „Stary człowiek i morze” Hemingwaya. Akcja toczy się powoli. Słów jest mało. Więcej mówią zbliżenia twarzy, scenki rodzajowe z codziennego życia północnych Włoch. Jest też wątek miłosny – Marco i jego żony Renaty. Oj, zupełnie ten wątek nie trzyma się hollywoodzkich standardów. Bo Renata jest stara, brzydka i trochę gderliwa. Ale wspiera swojego Starego w jego dziwactwach, jeździ za nim starym peugeotem, czeka na punktach żywieniowych. Dopinguje, dostarcza informacji o konkurentach. Z jego sposobu biegu potrafi bezbłędnie określić czy Marco jest w formie, czy ma szanse walczyć o zwycięstwo.

Ważną rolę odgrywa stonowana muzyka sącząca się w tle. Podkreśla nastrój filmu, który gra głównie na emocjonalnej stronie ludzkiej natury, opowiada o uporze, walce z bólem, miłości i nieubłaganie mijającym czasie. Warto obejrzeć dodatkowe sceny wywiadów z Marco. Tam pojawia się kilka kluczy dzięki którym lepiej poznajemy kim jest „Lis Pustyni” – jak mawiają o nim Ci których pokonał w Marathon des Sables i Desert Cup. Marco Olmo jest żywą legendą biegów ultra. Zaczął późno, będąc w wieku, w którym inni myślą już o kończeniu kariery. W swoich „poprzednich wcieleniach” jak mawia o sobie, był rolnikiem, kierowcą ciężarówki, robotnikiem w cementowni. Przez 20 lat pracował w kamieniołomie leżącym na terenie należącym do jego rodziny. Jego dom został sprzedany i wysadzony w czasie wydobycia kamienia. Bieganie stało się sensem życia Marco. Chciał się zrewanżować za swój ciężki los. W wieku 60 lat wygrał „Ultra Trail du Mont Blanc” – najcięższy i najważniejszy ekstremalny wyścig na świecie. 167km dookoła najwyższego szczytu Europy pokonał w niewiele ponad 20 godzin. Mimo narastających problemów ze starzejącym się ciałem, coraz silniejszymi konkurentami – młodszymi i lepiej przygotowanymi, Marco nie chce skończyć z bieganiem. Z pomocą swojej żony – Renaty przygotowuje się do kolejnej edycji biegu który uczynił go sławnym.

Wspaniała opowieść o życiu i człowieku niestrudzenie dążącym do celu. Ten film to pozytywny przekaz o walce z przeciwnościami losu i nieuchronnie przemijającym czasem. Zobaczcie trailer do filmu „The Runner” reż. Paulo Casalis i Stefano Scarafia:

[youtube RAtWLL6P5NY nolink]

Może Ci się również spodoba