Mistrzostwa Polski – Lądek Zdrój

Perła uzdrowiska w Lądku – „Zdrój Wojciech”

Na „Mistrzostwa Polski w Długodystansowym Biegu Górskim” w Lądku Zdrój na Dolnym Śląsku wybrałem się z Grześkiem. Do zawodów zgłosiło się jedynie 131 zawodników, ale na stronie biegu widać było, że nie wszyscy dokonali wpłaty.  Przypuszczaliśmy, że wystartuje mniej zawodników i nasze domysły się sprawdziły. Niezrozumiałe dla nas było, dlaczego do prestiżowych zawodów jakimi są Mistrzostwa Polski zgłasza się tak mało zawodników. Doszliśmy do wniosku, że pewnie boją się startować z polską czołówką, która z reguły na takie zawody przyjeżdża w komplecie. Grzesiek i ja nie boimy się najlepszych, a możliwość startu z nimi uważamy za wyróżnienie. Dlatego w dobrym nastroju jechaliśmy do Lądka. Na miejscu zanosiło się na to, że będzie piękna pogoda. W sam raz na bieganie po górach. Kilkanaście stopni, słońce i lekki wiatr. Zaparkowaliśmy niedaleko wspaniałej budowli „Zdroju Wojciech”, która jest chlubą uzdrowiska. Oprócz nas dojechali biegacze z Leszna, a wkrótce pojawiło się jeszcze kilka samochodów. Zgłosiliśmy się w biurze zawodów. Następnie zrobiliśmy lekką rozgrzewkę i rozciąganie. Bo przed długodystansowym biegiem nie ma co się forsować. O godzinie 11:00 nastąpiło oficjalne otwarcie zawodów i ruszyliśmy do boju z centrum uzdrowiska. Dystans jaki mieliśmy do pokonania wynosił 31 km, a suma przewyższeń 2624m. Postanowiliśmy trzymać się razem. Ale już na pierwszym ostrym podbiegu na Trojak (około 120m przewyższenia na kilometr) Grzesiek zaczął zostawać coraz bardziej w tyle. Dwu i półkilometrowy kilometrowy podbieg przebyłem lepiej niż w ubiegłym roku, truchtem pokonując dystans niemal w całości. Wkrótce dotarliśmy do pięknych skał wieńczących szczyt Trojaka. Czołówka biegu oczywiście dawno minęła skały. Kilkaset metrów zbiegu i dotarłem do pierwszego punktu z wodą przy którym się nie zatrzymywałem. Postanowiłem ograniczyć picie, bo po przykrym doświadczeniu z MGS-u, gdzie nadmiernie się nawodniłem. Wiedziałem, że do picia również należy podchodzić z umiarem. Trasa wiodła wzdłuż granicy z Czechami. Wąskie ścieżki, zarośnięte wysoką trawą nie ułatwiały biegu. Ale najgorsze były kamienie, które ukryte wśród trawy, pojawiały się w ostatniej chwili. Na tym odcinku trzeba było uważać na każdym kroku. Trasa była znaczona biało – czerwonymi taśmami zwisającymi z gałęzi, lecz niektóre odcinki oznaczano, żółtymi taśmami, skutecznie ukrywającymi się wśród liści tego samego koloru. Kto biegł szybko i nie kontrolował szlaku mógł się zgubić, a tak podobno zmyliło trasę kilku biegaczy. Z Trojaka (766m) bieg prowadził przez Przełęcz Karpowską (753m) wzdłuż granicy na Czernik (832m) do Przełęczy Gierałtowskiej (685m) Jednym słowem w górę i w dół, w górę i wół i tak wiele razy. Od przełęczy biegliśmy asfaltem do Nowego Gierałtowa i dalej poniżej szczytu Kobylicy (763m) zaczęła się nasza mozolna wspinaczka na Czernicę (1083m) Minąłem punkt z wodą pod Kobylicą, gdzie wypiłem magnez w płynie i zjadłem żel popijając wodą, bo wiedziałem, że żarty się skończyły i przed nami zaczyna się prawdziwa wspinaczka. Cały czas biegliśmy pod górę. Już na asfalcie przed punktem z wodą zostałem wyprzedzony przez dwóch biegaczy. Ale na długim uciążliwym podbiegu pod Czernicę wyprzedziłem innych od początku biegu biegnących przede mną. Minęły prawie dwa kilometry biegu pod górę i naszym oczom ukazał się stromy podbieg o nachyleniu co najmniej 45 stopni. Ten podbieg pojawił się nagle jak koszmar z najgorszego snu. Piekielnie stroma ścieżka wiodła na szczyt Czernicy. Nawet nie myślałem o podbieganiu. Tutaj nikt nie podbiegał. Może ktoś z najlepszych biegaczy wyspecjalizowany w sky runingu tego wcześniej próbował, ale z pewnością nie przebiegł całego odcinka. Mozolna wspinaczka trwała w najlepsze. Ścieżka wiła się między paprociami i wysokimi jagodzinami. Było ślisko i nogi cofały się na kamieniach wystających spomiędzy korzeni. W połowie drogi wyprzedziły mnie dwie dziewczyny. Wspinały się zawzięcie pod górę i długo nie napatrzyłem się na ich zgrabne – plecy. Wkrótce zniknęły gdzieś w zaroślach. Wkrótce i ja dotarłem na szczyt Czernicy i wąską ścieżką wśród zarośli, wysokiej trawy i innej górskiej roślinności zaczęła się lżejsza część biegu. Kilkaset metrów grzbietem góry z którego było widać zalesione okoliczne wzniesienia i ostro w dół. Dotarłem do asfaltu który przez kilka kilometrów trawersował okoliczne wzniesienia. Biegłem sam, nikogo nie widziałem oglądając się za siebie. Nikogo również nie widziałem przed sobą. Wspaniałe krajobrazy pojawiające się miedzy drzewami pozwalały zapomnieć o wysiłku. Pogoda również się nie zmieniła. Było słonecznie, ale nie upalnie ponieważ wiatr skutecznie chłodził. Dotarłem do punktu z wodą. Tym razem wypiłem dwa kubki i zjadłem kawałek batona jakim częstowali strażacy obsługujący to miejsce. Nie robiąc przerwy biegłem dalej. Dogoniłem jednego biegacza z którym biegłem tylko przez chwilę zostawiając go za sobą. Trasa wyścigu zakręcała w lewo i z asfaltu wbiegało się lekko pod górę wygodną leśną drogą. Po kilkuset metrach wbiegłem na łąkę z której roztaczał się widok malowniczych okolic Starego Gierałtowa. Zbiegając w dół zobaczyłem Jacka Dudzika z SKS Iskra Jaszkowa z którym mijałem się wcześniej na trasie kilka razy. On biegł niestrudzenie tym samym rytmem od początku biegu, ja rwałem tempo przyspieszając na zbiegach i zwalniając na podbiegach. Starałem się dogonić go marszobiegiem i byłem coraz bliżej, ale na męczącym podbiegu ze Starego Gierałtowa do Rozdroża Zamkowego zacząłem opadać z sił. Brak długich wybiegań w ostatnim okresie dał znać o sobie. Jacek zniknął mi sprzed oczu za kolejnym zakrętem. Minąłem jakiegoś biegacza z którym chwilę rozmawiałem i pobiegłem dalej. Wkrótce dotarłem do rozdroża, gdzie znajdował się punkt z wodą. To była najpyszniejsza woda jaką piłem. Ale zostały jeszcze trzy kilometry i trzeba było ruszać dalej. Trasa wiodła ponownie przez malownicze skałki Trojaka, które wkrótce pokonałem marszem. Mijając kolejnego zawodnika rozpocząłem zbieganie z góry do Lądka w czeskim stylu. Przeskakiwałem kamienie i korzenie bardzo ryzykownie, ale nie chciałem dać się wyprzedzić na ostatnim kilometrze. Wbiegłem do Lądka i tam ulicami dotarłem do mety. Mój czas wynosił 3:30:31 miejsce w kategorii open 38, a w kategorii wiekowej 12. W ubiegłym roku był mój debiut na MP w Biegu Długodystansowym, gdzie na mecie 28 kilometrowego biegu zameldowałem się na pozycji 67 open mężczyzn i jako 23 w kategorii wiekowej. Przekraczając linię mety otrzymałem ładny okolicznościowy medal. Wypiłem butelkę wody i szybko udałem się do samochodu po aparat fotograficzny, aby uwiecznić mojego kolegę przekraczajacego linię mety.  Nie dopuszczałem myśli żeby miał tego nie zrobić. Wkrótce nadbiegł pokonując trasę w czasie 3:44:21. Umyliśmy się i zmieniając ubranie, czekaliśmy na dekorację zwycięzców.

Grzesiek przekracza linię mety

 Kategoria open mężczyzn:

1)       Świerc Marcin (Kudowa Zdrój) – 2:23:45
2)      Wosik Daniel (Kunów) – 2:29:08
3)      Faron Robert (Zalesie) – 2:29:35
4)      Koń Piotr (Ręczno) – 2:33:20
5)      Michałowski Jan (Kraków) – 2:39:58
6)      Hercog Piotr (Pasterka) – 2:41:21

Kategoria open kobiet:

1)      Wiśniewska – Ulfik Dominika (Zabrze) – 2:52:26
2)      Piskorowska Danuta (Wrocław) – 3:03:55
3)      Gałuszka Halina (Porąbka) – 3:05:07
 

Marcin Świerc prezentuje swoje trofeum kamerzystce TVK Telewizja Kłodzka

 Bieg ukończyło 70 mężczyzn i 15 kobiet. Powyżej podałem nieoficjalne wyniki. Podsumowując; start w zawodach uważam za udany, chociaż nie dobiegłem do mety tak jak zakładałem. Ale zbyt optymistycznie oceniłem swoje możliwości. Teraz przez miesiąc jaki dzieli mnie od Maratonu Beskidy będę mógł skupić się na szlifowaniu najsłabszych elementów i liczę na lepszy występ w Beskidach.

Slavo 65 😉

Może Ci się również spodoba